Nic co zielone, nie jest bezgrzeszne

Bo do kwiatków, mes cheurs, to trzeba mieć rękę. Najlepiej ciężką. Dzięki umiejętnie aplikowanemu terrorowi, prozaicznej grozie i krztyny przemocy byliśmy w stanie w środku GOP-u hodować kosodrzewinę. Wystarczyło tylko posadzić dwa krzaczki, a gdy zaczęły marnieć - podejść i wyciąć jeden w pień znacząco spoglądając na drugi. Praktycznie zieleniał w oczach.

Metoda oczywiście ma swoje niuanse, tak np. moim ulubionym podejściem jest dawanie drugiej szansy. Któż z nas nie zasługuje na drugą szansę, prawda? Zastosowanie jest proste - należy wziąć kapryśnego delikwenta, wyrównać ostrym narzędziem na poziomie gruntu, pogłaskać w doniczkę i udzielić drugiej szansy. Jak dotąd nie skorzystała tylko kolendra.

Lata później dowiedziałem się, iż istnieje większa ilość entuzjastów ogrodnictwa bojowego, jeden z najpiękniejszych literackich przykładów to Mr. Crowley, ("Dobry Omen", str. 252-253; do znalezienia w sieci).

Acz... wciąż obowiązują pewne zasady. Gdy do znienawidzonego drzewka cytrynowego, które notorycznie uroczo wygląda i słodko pachnie dały się mszyce, trzeba było powiedzieć dość. Nikt nie będzie męczył moich roślin (prócz mnie, rzecz jasna). I tak zaczęły się podchody. Najpierw usiłowaliśmy okładać się miętą - mszyce niewzruszone, potem czosnkiem - dalej memłają; przelot przez przemywanie, różne przyprawy i kadzidła - mszycowe wakacje właściwie. W chwili natchnienia myślałem co by je wypalić, acz z perspektywy drzewka plan hm... spalił.

Cóż, nie sposobem, to trucizną, jak mawiała babcia zbierając wilcze jagody na dżem. Dysponuje właśnie sprayem na mszyce. W ilości pozwalającej opanować średniowymiarową plantację. Mszycy nie ma już żadnej, choć zastanawiam się, czy jakaś duża i człowieko-kształtna nie pęta się wśród pieczywa...

1 komentarz:

  1. super piszesz, baaaardzo lekko:) przeczytałem kilka postów i wiem, że będę je czytał. Brawo.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń