Krakkoi

Huh, wszystko nabiera tempa. Dni w Krakowie są policzone, ustawione w szeregu i maszerują, szybko muszę przyznać. Młody Bóg pląta w życiorysie miejscami, ale jakoś tak powoli sytuacja się rozwiązuje. Cóż, wiara w prymat rozumu nad uczuciami daje jakąś niezależność, acz do momentu w którym przydaje się definicja wiary- przekonanie o zaistnieniu faktu bez żadnych racjonalnych ku temu przesłanek. Kiedyś nauczę się to ogarniać do końca.

Cóż, szykuje się jeszcze przelot przez góry, gdzie obiecałem potargać ze sobą gitarę. Jakiś spontaniczne zarysowany z Karo plan "jedźmy gdzieś", bo pewnie będzie napaścią na Bratysławę, Budapeszt czy coś podobnego. Znając nasze zacięcie do znajdowania właściwej drogi i tak skończmy we Lwowie, czy Wiedniu. A potem jeszcze Wawa i marsze, impreza i het-het.

Śmieszne, bo jak pomyślę o zupełnym braku pomysłu na wszystko z okolic grudnia, bardzo wiele się podziało. Ostatnie 3-4 miesiące to spisany magister, śmigająca praca, ludzie i plany. Przyznam że gdyby działo się tak wiele fajnych rzeczy podówczas, pewnie trudniej byłoby mi podjąć decyzję o wyjeździe. Jest dobrze, jest hm... planowo. Ostatnia prosta :)

A ot, taki neurotyczny kawałek którym zasłuchiwałem się jeszcze w liceum:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz