Lullaby for a liquid pig.

Tak mi się czasem zdarza że myślę. Robię z tym co mogę, tępię neurony winem aż skry się sypią. Niestety bestie są twarde i zawsze jakaś garstka ocaleje. Mam dziwne wrażenie, że jak nie patrzę to się rozmnażają. Niestety - dzisiaj znowu mi się zdarzyło.

Za dwa miesiące bez trzech dni, co niewątpliwie przy odpowiednich poszukiwaniach jest znaczącym okresem czasu w jakiejś niszowej religii będę siedział w podejrzanej metalowej puszce dziesięć kilometrów nad Europą. Tak w drodze gdzieś het.

A tu grunt atakuje - tyle ciekawych rzeczy zaczęło się dziać, że sprawę trudno ogarnąć. Jak najpierw trzymało rozkręcanie siatkówki, tak nocami poskładał się magister. Matuszka korporacyja nęciłaby wdziękami, gdyby się szansa trafiła i miała jakieś wdzięki. Joj, momentami mam wahania - czy się uda, czy warto. Zakładając że plan "Hiszpania - 2 lata Londyn - 3 lata Australia - jedwabny szlak - Kraków" wypali to wezmę i wrócę letko leciwy. A i wszystko może się gdzieś sypnąć.

Jasne że na decyzję złożyło się sporo różnych kawałków świata, z czego spora większość przy rozsądnej ocenie jest błaha. Pfff... wdech, wydech. Chyba prababcine sposoby jakoś się bogów w młodzieńczym wieku nie imają. Bilety kupione, przygoda czeka. A teraz pójdę i chwilę prześpię, nim podłoga po dwóch zarwanych nocach rzuci mi się na twarz.


PS. Osobnik odpowiedzialny za dwa opakowania kadzideł na trzecim regale książek proszony jest o kontakt. Zguba czeka na jakąś formę odbioru, w ostateczności polecony :). Maila da się wyszperać po prawej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz