Że przygody...

Zawsze tak jest. Jak nie trafimy w złe miasto, nie przyjedziemy za późno, to ścigają nas przygody. Pomijając wpadkę w wodą, która zaowocowała trzydniowym delirium, czy salta Kano na schodach to złapaliśmy już stłuczkę taksówką.

Wczoraj np. wracając z kolacji nie byliśmy w stanie złapać żadnej taksówki, absolutnie. Jakby wymiotło. Skończyło się na podjechaniu pod hotel auto-rikszą - miny obsługi, gdy dwie osoby w strojach formalnych wysiada z tego pojazdu nadawały by się pod reklamy.

Dzisiaj z kolei otarliśmy się o autobus. Tak nam zaświeciła śmierć reflektorami w oczki. Wiecie, że Hindusi wieszają na przednich zderzakach paprykę? Ponoć by odstraszać złe duchy. Tak czy inaczej była okazja pooglądać ją z bliska.

1 komentarz:

  1. To nazywasz przygodami?!? Chlopie! Ja zostalem przedwczoraj tatą! Twoja przygoda dopiero ma się wydażyć... wujku...

    OdpowiedzUsuń