Osobiście.

Nim przejdziemy do jakichkolwiek rozważań, poniższe. Oszalałem na punkcie, a myśl, że za parę dni premiera nowego albumu przyprawia o lekkie drżenie. Muzycznie wsiąknę na co najmniej miesiąc:



Do rzeczy. Ostatnio mam nowa fobię. Wmościła sobie miejsce gdzieś pomiędzy lękiem wysokości, współżyjącą z nią wyuzdanie paniką w temacie latania*, lekkim niepokojem związanym z marchwią i galopującą ludziofobią. Otóż, nie mniej nie więc a odczuwam lęk przed utratą poczytalności.

Nie chodzi nawet o to, ze strach ów zajmuje mnie w stopniu uniemożliwiającym spokojne konwersowanie ze stadem bobrów mieszkającym pod wanną, czy też tęsknienie za niewidzialnym kotem, z którego w przypływie weny z kumplem zrobiliśmy paputki**. Postanowiłem przeciwdziałać.

W ramach reperowania sobie kontaktu ze światem randkowałem. Niestety! Pan który zdecydował się randkować wraz miał zamiłowania lekko kresowe. Nie mam tu na myśli bynajmniej polewania mię nalewkami z pigwy, bo tu nie ma się o co obrażać. Planował raczej wzięcie na arkan i (nieudaną) próbę kiełznania... well, dopsz. Też uruchomiła mi się kresowość. Z batorówką i pożogą w lewym nozdrzu. Nie mam nic przeciwko gumowym zabawkom, serio. Małe, żółte i piszczące kaczuszki są ok. Duże czarne frywolne przedmioty w miarę też, acz hm.... zostanę przy oponach?

Tak czy inaczej zaliczając podejścia od chłopaków niechętnych, przez oziębłych, po em.... a... perwerę czuję się powoli odsunięty od rzeczywistości. Hepl? Wydaje mi się, że chlubiony ongiś dystans siedzi w piwnicy i chlipie żałośnie w ciasnych skórach; pielęgnowana giętkość charakteru, która odpowiednio przyginana odwijała samoistnie w zęby poszła na pastwiska niebieskie... dla pociechy rzuciłem robotą. A nuż będzie lepiej. Jak nie, to parę lat mogę się bawić w birbanta.

*w samolotach spędzam przeciętnie 12h na kwartał, więc mam podstawy. One szumią.
**zaginęły wiosną 2008

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz