Lemon tree.

Bunt. Oto z czym przyszło mi się mierzyć. Jakiś czas temu kilka komórek doszło do wniosku, że się uniezależnią, wypowiedzą posłuszeństwo i przejmą ten majdan. No super. Ja wiem, że moje ciało nie do końca jest świątynią. Podpada bardziej pod lunapar. Nie zmienia to faktu, że biznes jest mój i nie pozwolę się wysiudać kilku nawiedzonym komórkom. Szczęśliwie - mimo kilku tygodni w lekkiej niepewności - udało nam się jakoś dogadać i nie będziemy się sobie narzucać.

Idąc za ciosem postanowiłem zająć się resztą tego tałatajstwa i tak skończyłem u okulisty. Jak dotąd żyłem sobie ze swoimi dioptriami i zasięgiem widzenia na poziomie półtora metra – było fajnie. Generalnie cudo jeżeli chodzi o jakże przydatną zasadę „nie mówić zła, nie widzieć zła…” etc. Super, nie przymierzając jednak - poza złem umykało mi całkiem sporo świata. Jestem na ten przykład przekonany, że przynajmniej dwukrotnie stratowałem tego jedynego i nawet nie zauważyłem.

….ilość świata mnie przytłacza. Jasne, z jednej strony pewnie dowiem się jaki mam widok za oknem, czy też skąd przy grze w siatkówkę pojawia się piłka (ponoć ma z tym coś wspólnego jakaś mistyczna „druga połowa boiska”), ale serio – widzieliście że w Krakowie jest tyle ludzi? A te wszystkie samochody? Ilość poruszających się elementów w okolicy jest niesamowita, cudne wrażenie, acz po jakichś 30 sekundach miałem ochotę zamknąć się w toalecie i nie wychodzić więcej. Nie ogarniam. Chyba wydłubię te szkła i wrócę do dawnej, błogiej nieświadomości.

1 komentarz: