Entree.

Można mieć wejścia, można mieć wyjścia. Nam udało się to drugie. Wszystko szło zgodnie z planem, póki w połowie schodów Kano nie postanowiła zrobić pożegnalnego salta. Pechowo - 20 kilogramów walizki zaplatało się jej między stopami, co spowodowało stosowne do sytuacji konsekwencje. Na szczęście bez większych ofiar i uszczerbków, poza drobnymi urazami i zszokowaną obsługą hotelu.

Przenosiny z hotelu o trzech gwizdkach (z czego dwa w piwnicy) do pięciu gwizdków... wow. Wzrost standardu bez mała wykładniczy. Hotele skupione na jednym terenie, otoczone anyterrorką sprawdzającą każdy wjeżdżający samochód robią wrażenie już przy podjeździe. Standard wewnątrz też zniewala; przyznam że najbardziej wycmokane miejsce w jakim byłem. Kij z tym że na dobrą sprawę nie stać mnie na znakomitą większość ich oferty, poza tym co pokrywa firma, a obecnie ostrożnie odliczam ile rzeczy oddać do prania, a ile nie będzie już potrzebne. Taki chyba z resztą urok podróży służbowych w outsourcingu, nic to... darowanemu w uzębienie i takie tam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz