Obce kraje

Jakoś pojutrze będzie łzawo i głęboko, jak już się połapię, że wróciłem. W sumie można się było spodziewać że będzie sympatycznie, bo masę ludzików stąd znam już dobrych parę lat, tylko się jakoś nie było okazji zobaczyć. O kuchni też wspomnę, choć ten temat będzie trudno ogarnąć, bo mocno przerasta moje pojęcie o gotowaniu. Ja jednak nie o tym...

Fraszki. Był taki kolo, pisał o cnotach. Koffanowski mu jakoś było czy podobnie. Swoją fraszkę chciałbym pt. "Rozsądek". Niestety! Większość cnót spławiłem jakoś w przedszkolu, a ostatnie - walczące bardziej - padły na froncie liceum-studia. Jeżeli jakaś się ostała to chyba siedzi cicho w kącie i stara się nie wychylać...

Tak np. opce kraje. Można by pójść, popić kulturnie w hotelu i zalec w pokoju. Rozsądnie. Można też - mniej rozsądnie - wylec na miasto, w lokalną knajpę i hasać po parkiecie. I zbierać oklaski (to głównie Kano).

A wiecie tak przy okazji co zwykle piszą w przewodnikach? Nie należy brać lodu w drinkach, po ponoć trujący. Cóż, mam nadzieję, że bakterie już oswojone, alternatywnie będę jutro znów chudnąć w tempie kilogram na dobę. Spora szansa że zniknę do przyszłego wtorku.

A teraz bez zbędnej zadumy... za Indiami to będę tęsknił. Hindusi fajni są.

Że przygody...

Zawsze tak jest. Jak nie trafimy w złe miasto, nie przyjedziemy za późno, to ścigają nas przygody. Pomijając wpadkę w wodą, która zaowocowała trzydniowym delirium, czy salta Kano na schodach to złapaliśmy już stłuczkę taksówką.

Wczoraj np. wracając z kolacji nie byliśmy w stanie złapać żadnej taksówki, absolutnie. Jakby wymiotło. Skończyło się na podjechaniu pod hotel auto-rikszą - miny obsługi, gdy dwie osoby w strojach formalnych wysiada z tego pojazdu nadawały by się pod reklamy.

Dzisiaj z kolei otarliśmy się o autobus. Tak nam zaświeciła śmierć reflektorami w oczki. Wiecie, że Hindusi wieszają na przednich zderzakach paprykę? Ponoć by odstraszać złe duchy. Tak czy inaczej była okazja pooglądać ją z bliska.

Entree.

Można mieć wejścia, można mieć wyjścia. Nam udało się to drugie. Wszystko szło zgodnie z planem, póki w połowie schodów Kano nie postanowiła zrobić pożegnalnego salta. Pechowo - 20 kilogramów walizki zaplatało się jej między stopami, co spowodowało stosowne do sytuacji konsekwencje. Na szczęście bez większych ofiar i uszczerbków, poza drobnymi urazami i zszokowaną obsługą hotelu.

Przenosiny z hotelu o trzech gwizdkach (z czego dwa w piwnicy) do pięciu gwizdków... wow. Wzrost standardu bez mała wykładniczy. Hotele skupione na jednym terenie, otoczone anyterrorką sprawdzającą każdy wjeżdżający samochód robią wrażenie już przy podjeździe. Standard wewnątrz też zniewala; przyznam że najbardziej wycmokane miejsce w jakim byłem. Kij z tym że na dobrą sprawę nie stać mnie na znakomitą większość ich oferty, poza tym co pokrywa firma, a obecnie ostrożnie odliczam ile rzeczy oddać do prania, a ile nie będzie już potrzebne. Taki chyba z resztą urok podróży służbowych w outsourcingu, nic to... darowanemu w uzębienie i takie tam.

Zemsta Maharadży

w Indiach, Meksyku, Egipicie i innych krajach o klimacie przyjaznym dla bakterii, a poziomie higieny nieco niższym od rodzimego ważne jest, by nawet szczoteczki do zębów nie płukać pod bieżącą wodą.

W środę podano nam do kolacji, w dość szykownym miejscu, wodę. Szklankę wody - ponoć filtrowanej i w ogóle. Taa... 48h maligny, temperatury, bredzenia i objawów tradycyjnych dla zatruć. Koloryty sprawie dodaje klimatyzacja, która działa w trybie "zamrozę twe zwłoki (on)", bądź "piaski sahary (off)".

Kawał programu zwiedzania poszedł się paść, chwilowo nie kocham Azji i zastanawiam się, czy dam radę zjeść z rana pół tosta. To byłby pierwszy od środy posiłek...

Tajemnica

Cała przygoda z wodą zakończyła się dość szczęśliwie. Ekspresowo zastosowana kuracja niewątpliwie uratowała mi życie. By nie ryzykować niepotrzebnie Kano zaordynowała dziś kolejne dawki.

Z innych - udało nam się z wyjaśnić pewne trapiące nas wątpliwości. Przez pierwsze dni zastanawialiśmy się trochę, dlaczego tak bardzo zwracają na nas wszyscy uwagę, szczególnie w okolicy. Otóż zapoznani już ludzie lokalnie nie mogą dojść do porozumienia, czy miejsce gdzie wynajęliśmy hotel to już slumsy, czy tylko parę podlejszy ulic. Cóż - nasze szczęście, nie? Przynajmniej byłą motywacja, by szybko nauczyć się jeść w lokalny sposób...

Żegnaj świecie

OK, mes cheurs. Time to say goodbye. W kwestii formalnej - dobytek proszę zakopać ze mną. Szczególnie biblioteczkę. Dziękuję.

Do rzeczy - właśnie w mało spektakularny sposób popełniłem samobójstwo. Można na dobrą sprawę przyjąć, że piszę te słowa post-mortem. Niestety, cała sprawa nie odbyła się hucznie, ni w świetle jupiterów. Raczej dyskretnie, można powiedzieć. Otóż przypadkiem i na chwile uchyliłem nieco usta podczas prysznica. Woda...

Ta, o wodę niełatwo. Przeciętny europejczyk po styczności z bieżącą wodą okolic może sobie spokojnie wykreślić spotkania towarzyskie na najbliższy dzień, do trzech. Bogactwo fauny, flory, mikro i makroelementów przyprawia o zawrót głowy i skręt kiszek.

Mam tylko nadzieję, że trzymany na różne awaryjne okazje płyn do dezynfekcji dróg trawiennych przyniesie skutek. Dawkowanie na szczęście jest łatwe - setkę, potem zapić. Powtarzać aż do... well, dowolnie, póki się ma ochotę. Albo płyn się skończy.

Strategia

W życiu bym nie przypuszczał, że strategia "flaga na twarz i za ojczyznę" sprawdza się gdziekolwiek poza alkową. Acz, tutaj jest jedną z podstawowych w ruchu pieszych. Generalnie udało mi się wyróżnić trzy podejścia w zależności od ulic:

- grupowe - pieszy zbierają się na krawędzi chodnika. Kiedy zaczynają mieć przewagę liczebną nad samochodami pierwsze szeregi wypychane są na ulicę, pozwalając w ten sposób bezpiecznie przejść reszcie - strategia skuteczna, acz wymaga ostrożnego podejścia. Najlepiej zaczekać w pewnym oddaleniu od ulicy, aż zacznie się formować stado. Zastosowanie: duże ulice (ca. sześciopasmowe)

- etapami - flaga na twarz i spokojne przejście przez ulice. Działa tak, że wchodzimy na najbliższy pas ruchu. Znajdując lukę między samochodami na pasie kolejnym przechodzimy przezeń. Najważniejsze by nie stracić rezonu, kiedy znajdujemy się pomiędzy przeciwstawnymi pasami ruchu, bo wtedy samochody trąbią najbardziej. Skuteczność: niezła, acz wymaga praktyki i mocnych nerwów. Zastosowanie: średnie ulice (ca. czteropasmowe)

- patriotyczne - Po prostu idziemy. Ot, tak. Staram się jeszcze rozglądać, ale obawiam się, że niedługo zatracę odruch. po powrocie do Krakowa daję sobie jakiś kwadrans życia nim skończę pod kołami. Zastosowanie: na ulicach dwupasmowych i okolicznych. Skuteczność: wysoka, na tych ulicach samochody i tak częściej trąbią, niż jeżdżą

- lans - odmiana ekstremalna, stosowana tutaj przez młodych mężczyzn. Włazimy na ulicę, pokazujemy palcem na samochód - on się zatrzymuje. Stojąc przed nim, wskazujemy palcem na pojazd z kolejnego pasa, który też się ma zatrzymać. Zastosowanie: ulice sześciopasmowe i więcej, skuteczność: zaskakująco wysoka.

Istnieje jeszcze parę odmian mieszanych, kilka sportowych (slalom miedzy jadącymi samochodami), opartych na perswazji (poklepujemy maski zatrzymujących się o centymetrów pojazdy); tych jednak nie rozpracowałem jeszcze i na razie próbować nie będę.

Egzotyka

Oj, panie - egzotyka aż w zębach strzela. Tajlandzkie doki w środku nocy było mi łatwiej ogarnąć, niż dowolny kawałek Indii o dowolnej porze dnia. Jesteśmy tu od paru godzin, a już się gubię... Na start - ruch kołowy. O ile w świecie sprawa opiera się na pewnych zasadach, tutaj decyduje raczej poczucie wspólnoty. "Wszyscy jedziemy" oznacza, iż em... wszyscy jedziemy. W trakcie jednego kursu taksówki pięciokrotnie przecięliśmy trzypasmowe skrzyżowanie na czerwonym. Ot, tak. Bo fantazja.

O jedzeniu i hotelu inną razą, bo lekko mnie różnica czasowa ściga, a za parę godzin wstaje przestraszyć się śniadania.

Mój kot zaora twoją tapetę

Dobra, walizka spakowana. Jak każda podróż - organizowana jest w szalonym pędzie, jeszcze sprawdzam czy wiza na miejscu, zbieram ostatnie papiery i liczę koszule... Jeżeli ktoś miałby wątpliwości dlaczego nad europą krąży jakaś chmura i zagraża samolotom - tak Kano jedzie ze mną i już sieje swoim specyficznym szczęściem. Znając życie przyhaczymy Chiny, albo i Brazylię. Acz nieważne - już za paręnaście godzin niczym nie skrępowanej histerii tknę hinduskiego gruntu. Z tej okazji krótka a radosna piosnka:


Korzystając z uroku portali różnych przeniosłem jeden ze swoich profili do Indii.... oszmhh... ja wiem, że ich miliardy. Okazuje sie, że jeżeli wybrać z tego miasto, odsiać ludzi tylko do odsetka o niszowych zainteresowaniach, z tego wziąć tą garść których jakimś zbiegiem okoliczności zainteresowało co wypisuje na profilu... Aj, nie wyrabiam z odpowiadaniem. Gdybym miał jakiekolwiek kompleksy, do których się przyznaję - zmarły by właśnie z nagła.

Wilcy

Właśnie poznałem jeden z faktów, który niewątpliwie wpłynie na dalsze podróże. Ponoć wilki nie atakują (za mocno) ludzi (bardzo) pijanych. Nie wiem jeszcze ogólnie, czy też czynią wyjątki dla przypadków szczególnie namolnych - tak czy inaczej zdybany w podróży w stanie lekko saute będę odtąd nieodmiennie utrzymywał że to dla ochrony przed wilkami. A jak wiemy, w Hiszpanii wilk ściele się gęsto.

Ot, 102 dni jeszcze tutaj. Całkiem nieźle wyplątuję się z wszystkich spraw drobnych, o wiele gorzej ze spraw istotnych. Wciąż waham się przy paru decyzjach z pytaniami "czy warto?" Lekkością kroku może nie dorównuję bardziej wytrawnym podróżnym, co nie zmienia faktu że cztery lata w jednym miejscu to za chyba za dużo, a z całą pewnością - wystarczająco.

Dopsz. Wracamy do pisania Ważnych Dokumentów. Ważne Dokumenty w tym miesiącu powstają dzięki uprzejmości pewnych Kalifornijskich regionów, ba zupełnie ogarnięty aż tak kłamać nie mogę.


PS. Tak, wiem co się stało. Nie potrafię jednak i nie mam zamiaru epatować ni trzema znakami interpunkcyjnymi, ni szczególnie szerokimi wypowiedziami. Z częścią poglądów państwa było mi po drodze, z częścią nie. To smutne, tragiczne, będzie wracać po wielokroć, ale raczej posłucham i na spokojnie przemyślę... bo to chyba zasługuje bardziej na myślenie, niż słowa. I nie mam zamiaru dać się wkręcić w żadne zbiorowe histerie. Inwestycje walutowe też nie moja bajka.

Osobiście.

Nim przejdziemy do jakichkolwiek rozważań, poniższe. Oszalałem na punkcie, a myśl, że za parę dni premiera nowego albumu przyprawia o lekkie drżenie. Muzycznie wsiąknę na co najmniej miesiąc:



Do rzeczy. Ostatnio mam nowa fobię. Wmościła sobie miejsce gdzieś pomiędzy lękiem wysokości, współżyjącą z nią wyuzdanie paniką w temacie latania*, lekkim niepokojem związanym z marchwią i galopującą ludziofobią. Otóż, nie mniej nie więc a odczuwam lęk przed utratą poczytalności.

Nie chodzi nawet o to, ze strach ów zajmuje mnie w stopniu uniemożliwiającym spokojne konwersowanie ze stadem bobrów mieszkającym pod wanną, czy też tęsknienie za niewidzialnym kotem, z którego w przypływie weny z kumplem zrobiliśmy paputki**. Postanowiłem przeciwdziałać.

W ramach reperowania sobie kontaktu ze światem randkowałem. Niestety! Pan który zdecydował się randkować wraz miał zamiłowania lekko kresowe. Nie mam tu na myśli bynajmniej polewania mię nalewkami z pigwy, bo tu nie ma się o co obrażać. Planował raczej wzięcie na arkan i (nieudaną) próbę kiełznania... well, dopsz. Też uruchomiła mi się kresowość. Z batorówką i pożogą w lewym nozdrzu. Nie mam nic przeciwko gumowym zabawkom, serio. Małe, żółte i piszczące kaczuszki są ok. Duże czarne frywolne przedmioty w miarę też, acz hm.... zostanę przy oponach?

Tak czy inaczej zaliczając podejścia od chłopaków niechętnych, przez oziębłych, po em.... a... perwerę czuję się powoli odsunięty od rzeczywistości. Hepl? Wydaje mi się, że chlubiony ongiś dystans siedzi w piwnicy i chlipie żałośnie w ciasnych skórach; pielęgnowana giętkość charakteru, która odpowiednio przyginana odwijała samoistnie w zęby poszła na pastwiska niebieskie... dla pociechy rzuciłem robotą. A nuż będzie lepiej. Jak nie, to parę lat mogę się bawić w birbanta.

*w samolotach spędzam przeciętnie 12h na kwartał, więc mam podstawy. One szumią.
**zaginęły wiosną 2008

Sundays

Nawet jeżeli człowiek który w telefonie widnieje pod pozycją Easter Date okazał się zajmujący niczym niepełnosprytna rozwielitka (mimo, że pochodzi stąd), to i tak jest fajnie.

Jest taka magiczna kombinacja niedzielnego poranka, która nieodmiennie sprawia, że świat jest milszymi miejsce. Kombinacja ta przedstawia się następująco: słońce za oknem, ta strona i poniższa piosnka. Tyle :)



...i kac, kac też powinien być.

...in the air



Pamiętacie historie drzewa cytrynowego, które napadło mię środkiem nocy? Otóż ma się podejrzanie dobrze, sypie kwieciem, pachnie i jest do pocięcia romantyczne. Serio - mam atak wiosny na pół metra wysokości i kilkanaście kilogramów doniczki. Czy ktoś wie, jak to ogarnąć? Może jak obwieszę potwora łańcuchem, to przestanie być taki uroczy?

Lemon tree.

Bunt. Oto z czym przyszło mi się mierzyć. Jakiś czas temu kilka komórek doszło do wniosku, że się uniezależnią, wypowiedzą posłuszeństwo i przejmą ten majdan. No super. Ja wiem, że moje ciało nie do końca jest świątynią. Podpada bardziej pod lunapar. Nie zmienia to faktu, że biznes jest mój i nie pozwolę się wysiudać kilku nawiedzonym komórkom. Szczęśliwie - mimo kilku tygodni w lekkiej niepewności - udało nam się jakoś dogadać i nie będziemy się sobie narzucać.

Idąc za ciosem postanowiłem zająć się resztą tego tałatajstwa i tak skończyłem u okulisty. Jak dotąd żyłem sobie ze swoimi dioptriami i zasięgiem widzenia na poziomie półtora metra – było fajnie. Generalnie cudo jeżeli chodzi o jakże przydatną zasadę „nie mówić zła, nie widzieć zła…” etc. Super, nie przymierzając jednak - poza złem umykało mi całkiem sporo świata. Jestem na ten przykład przekonany, że przynajmniej dwukrotnie stratowałem tego jedynego i nawet nie zauważyłem.

….ilość świata mnie przytłacza. Jasne, z jednej strony pewnie dowiem się jaki mam widok za oknem, czy też skąd przy grze w siatkówkę pojawia się piłka (ponoć ma z tym coś wspólnego jakaś mistyczna „druga połowa boiska”), ale serio – widzieliście że w Krakowie jest tyle ludzi? A te wszystkie samochody? Ilość poruszających się elementów w okolicy jest niesamowita, cudne wrażenie, acz po jakichś 30 sekundach miałem ochotę zamknąć się w toalecie i nie wychodzić więcej. Nie ogarniam. Chyba wydłubię te szkła i wrócę do dawnej, błogiej nieświadomości.

Ik?

Śpię sobie zatem, nie? Śpię i nic mie nie rusza... Druga jest, fajno, jeszcze sporo godzin tego całego spania. Cool.

...i nagle domofon zaczyna drzeć ryja, wywleka z łóżka i rzuca do drzwi. Tak, dziś o godzinie drugiej trzydzieści przyjechał szanowny rodziciel, otępiałemu wręczył donicę z drzewem cytrynowym, powiedział "pa" i pojechał.

Czy to tylko moje wrażenie, czy rzeczywistość już na dobre się sypie?

Geniusz

Jakiś czas temu musiałem się z tym pogodzić... jestem niesamowity. Skąd ten nagły wniosek? Otóż wczoraj w drodze na siłownię zgubiłem but. Niby jeszcze do zniesienia, ale...

Zgubiłem, zakonotowałem ten fakt i nic. POPATRZAŁEM na bestię... po czym spokojnie, niczym nie wzruszony poszedłem dalej. Dopiero jakieś pół godziny później posklejałem fakty i wróciłem na miejsce zajścia, by rzeczonego już nie odnaleźć...

Zastanawiam się tylko, czy to syndrom geniuszu, czy też początki Alzheimera? Mniejsza z resztą. Pójdę, położę się w kąciku i zemrę na auto-szyderę.