Pfff...


Są takie momenty, kiedy poziom absurdu życia w corpo przerasta nawet moje, mocno koślawe poczucie humoru. Monty Python mógłby się uczyć. Dilbert to praktycznie dokument.

Otóż dzisiaj stanąłem przed frapującym wyzwaniem wykonywania całego zestawu nowych obowiązków, acz tak by robota była robiona, a jednocześnie nikt nie zauważył, że robię coś nowego. Czy że zarządzam innym zespołem. Albo jestem na, baszd mag, innym stanowisku. How funny is that? I tak trzynaście godzin. I jutro też. Wow. Tak, a jutro mam zorganizować serie spotkań, aranżując to tak by nikt się nie połapał, że je organizuje. Szau.

Ale, tak właściwie to dość marudzenia, bo ani to zabawne, ani interesujące. Właściwie to chciałem bardziej o pewnej potrawie. Z marchwi. Rzecz o tyle znamienna, że marchwi nie lubię, nie ufam jej i uważam za warzywo zupełnie zbędne, a większych ilościach wręcz trujące.

Tak było do czasu zaznajomienia się z kuchnią Tadżykistanu. Głowę dam, iż każdy przepis zaczyna się od "utrzyj kilogram marchwi". I tak piętnaście razy, co można zobaczyć tutaj...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz