Młotkiem go, młotkiem!

Organizm właśnie usiłuje mi się wyłączyć. Staram się bestie straszyć akumulatorem i mokrymi ręcznikami, a on nic! Po prostu żenada - ledwie człowiek przepracuje sobie te cztery dni robocze między poniedziałkiem i środą, a tu takie historie! Może coś było nie tak z tym ostatnim obiadem, co to go jadłem w sobotę? Dziwne to wszystko. Chyba napiję się jeszcze trochę elektrolitu i podepnę do lodówki - zwykle pomagało.

...a co ja to. No tak, 72h po ostatnim awansie zaczęło padać niepalenie, jak dotąd trzymające się dość dzielnie od września. Razem z niepaleniem, szyderczo śmiejąc się w głos pohasało w dal regularne żywienie. No, właściwie to żywienie w ogóle. Sen po cichu zaczął zwijać macuszki i chować się w szafie. In plus - smukleję, średnio kilogram na dwa dni. Poza tym nie jest dobrze. Jeszcze żyje, ale widzę narastający bunt na na poziomie komórkowym.

Jakby tego było mało gdzieś powoli zaczyna się wiosna, ptaszki radośnie świergolą i wesoło jakoś się robi. We wtorek zdążyłem jedynie wyszydzić ostatnią zimową zaspę. Obawiam się przeto, że w okolicy może zacząć grasować jakaś chuć i pchać ludzi do niecnych czynów. Drodzy moi, ostrożnie! Z tym nie ma żartów. Gdyby jednak doszło do nieszczęścia, przypominam jedno z najskuteczniejszych lekarstw na miłość. Młotek - szczegóły tutaj, a niebawem o temacie więcej, bo mam dziwne wrażenie że będzie potrzebny.

Tymczasem piosnka, jedna z ulubionych po sprowadzeniu średniej snu do poziomu trzech godzin na dobę:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz