Ładuję poczytalność. Taczkami! I w las z nią! Do wiewiórek!

Właśnie realizuję sobie jedną z takich pomniejszych rzeczy, których kiedyś nawet nie mogłem sobie wyobrazić. Siedzieć w pociągu, stukać po klawiszach i hasać po Internetach. Mniejsza z tym, że wymagało to spięcia komórki z kompem, z czego rzeczoną komórkę muszę podtrzymywać zawieszoną przy oknie, a komp zaraz padnie. Liczy się fakt!

Przed wczorajszym lansowaniem KKS-u udało mi się jeszcze poskładać dwumiesięczną włóczęgę po Hiszpanii (coś pod 900km piechotą, po czym kawalkada pociągami przez Madryt po Sevillę). Teraz jeszcze tylko znaleźć tani hotel w Mumbai'u na końcówkę kwietnia i ważniejsze punkty programu na ten rok domknięte. No, poza znalezieniem pracy gdzieś w Londynie z początkiem jesieni. Tja, opuszczanie Krakowa nabiera rozpędu.

...a z innych rzeczy, to narowi mi się poczytalność znów. Demony wylazły zza tapety i nie chcą wracać. Czyżby znów wywabił je zdrowy tryb życia? Czy może na wiosnę tak? Podejrzewam też lekką zachętę ze strony utraconej ostrości spojrzenia, bo (a) tradycyjnie już zgubiłem okulary (b) szkła kontaktowe wzbudzają we mnie pewną niechęć (c) i jedne i drugie są zupełnie niedopasowane do bieżącej wady... Szczęśliwe Abuela potrafi bestie przydusić pączkami, ale też nie na długo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz