Ładuję poczytalność. Taczkami! I w las z nią! Do wiewiórek!

Właśnie realizuję sobie jedną z takich pomniejszych rzeczy, których kiedyś nawet nie mogłem sobie wyobrazić. Siedzieć w pociągu, stukać po klawiszach i hasać po Internetach. Mniejsza z tym, że wymagało to spięcia komórki z kompem, z czego rzeczoną komórkę muszę podtrzymywać zawieszoną przy oknie, a komp zaraz padnie. Liczy się fakt!

Przed wczorajszym lansowaniem KKS-u udało mi się jeszcze poskładać dwumiesięczną włóczęgę po Hiszpanii (coś pod 900km piechotą, po czym kawalkada pociągami przez Madryt po Sevillę). Teraz jeszcze tylko znaleźć tani hotel w Mumbai'u na końcówkę kwietnia i ważniejsze punkty programu na ten rok domknięte. No, poza znalezieniem pracy gdzieś w Londynie z początkiem jesieni. Tja, opuszczanie Krakowa nabiera rozpędu.

...a z innych rzeczy, to narowi mi się poczytalność znów. Demony wylazły zza tapety i nie chcą wracać. Czyżby znów wywabił je zdrowy tryb życia? Czy może na wiosnę tak? Podejrzewam też lekką zachętę ze strony utraconej ostrości spojrzenia, bo (a) tradycyjnie już zgubiłem okulary (b) szkła kontaktowe wzbudzają we mnie pewną niechęć (c) i jedne i drugie są zupełnie niedopasowane do bieżącej wady... Szczęśliwe Abuela potrafi bestie przydusić pączkami, ale też nie na długo.

Promocya


Już jakiś czas się do tego zabierałem... TADA! Chodzi o rzecz nader prozaiczną, ale w Krakowie dość młodą - branżowy klub sportowy. Piszę z tej prostej przyczyny, co by ewentualna zbłąkana dusza czytająca te słowa, a czująca przy tym sportowe zacięcie mogła dołączyć. Co się dzieje:

- siatkówka - jest nas już pokaźne stado - dwie, w porywach trzy drużyny pod wodzą uroczej Pani Trener. Siatkówka jest mieszana, tak męska jak i żeńska i tak pewnie będzie najczęściej, acz chcemy mieć też możliwość sformowania stałych składów pod zawody. Jest fajnie, na start nie trzeba umieć za wiele a i poruszać się można. Kiedy - niedziela, popołudniami.
- tańce - czyli (także branżowy) kurs taneczny. Co tydzień, niedrogo i z prawdziwym trenerem. Sprawa rozgrywa się we czwartki wieczorami, grupa bardziej kameralna acz także działająca Kiedy - czwartki, wieczorami
- basen - raz na jakiś czas zdarza nam się też popływać, choć to już inicjatywa zwykle kilkuosobowa i o dość ruchomych godzinach działania.
- rowery - tak, to też się dzieje. Cała masa szczegółów na cytowanej poniżej i powyżej (implicite, przez obrazek) stronie.

Może dziać się więcej - wystarczy mieć pomysł, chęć i odrobinkę zacięcia, a my obiecujemy publikować informacje i namawiać znajomych... na razie plotki słychać o koszykówce.

Wszystkie szczegóły i trochę więcej można wyłapać na naszej stronie, a także na Innej Stronie. Całość istnieje od jesieni i ma się coraz lepiej, banda mniej lub bardziej stałych uczestniczek i uczestników sięga pod 30 osób, a w planach mamy podbić świat. Całość rozgrywa się po kosztach, jak na razie bez sponsorów i zupełnie wolontariacko, proszę się więc nie martwić, że ktoś się dorabia.

Mądrość

Człowiek uczy się całe życie. Niektóre lekcje są łatwe, niektóre rzeczy można przewidzieć. Znana prawdą jest np. by nigdy nie smażyć absolutnie niczego, a szczególnie bekonu, w dezabilu. Innymi ważnymi prawdami, które łatwo pojąć i przyswoić - nie lizać latarni, ni torów w zimie, nie jeść żółtego śniegu, itd. etc. Sporo z tego można wyczytać nawet w Internecie.

...i z tej przyczyny pragnę podzielić się ze światem jedną z ważniejszych lekcji. Nigdy, pod absolutnie żadnym pozorem i z żadnego powodu nie należy trzymać na jednej półce płynu do soczewek i spirytusu salicylowego. Resztę pominę milczeniem (i odrobiną łzawienia).

Novum.

Ok. Przyznaję się. Szczerze i bez bicia - kończy mi się cierpliwość. Latami odkładane opanowanie dyszy jak chabeta na głodzie i chyba wiele nie pociągnie. Nie wiem, czy to pogoda, czy dwa lata bez urlopu, seria mało spektakularnych wydarzeń natury osobistej, czy też po prostu faza księżyca.

Tak, a nie inaczej - mam ochotę kupić butelkę wina, zrobić z niej tulipana i przeorać okolicę. Rozlewając wino. Co najgorsze - naprawdę nie wiem dlaczego. Klnę się na własną niepoczytalność, że to pierwszy raz kiedy kojarzę taką akcję. Jak dotąd wszystkie napotkane trudności leżą grzecznie w rodowych ziemiach i nawożą truskawki. Tymczasem przy tej okazji winnych jakoś brak. Chętni jacyś?

Pralnia

Jak co rano w sobotę, w lekkiej zamotce wstałem sobie i począłem sprzątać. Standard, pranie, podłogi, poukładać rzeczy po półkach. W którymś momencie rodzi się lista zakupów połączonych z kilkukilometrowym spacerem. Począłem się przeto ubierać, jakaś muzyka do uszów, spodnie (rzecz szalenie przydatna przy zakupach), portfel... no właśnie. Na myśl o portfelu dobiegło do mnie cichutkie syczenie z łazienki. Tak, sprzęt AGD atakuje.

Właśnie targa mną uczucie przemożnej ciekawości... czy karty kredytowe wolą program dla bawełny, czy może raczej jedwabiu? Czy dziesięciozłotówki lepiej wirować intensywnie, czy raczej pozwolić im ociekać. A może monety najlepiej prać w trybie pranie ręczne?

Jestem przekonany, że mój portfel właśnie z szaleńczym chichotem obija się o wnętrze bębna pralki. Nie mam serca przerywać mu tej imprezy, z resztą po praniu wstępnym chyba nie ma już sensu. A że przygody z pralką już bywały, to inna rzecz. My to się chyba już nie zdążymy dogadać.

Burn it blue.

Wiedziałem na co się godzę. Serio, wiedziałem. Acz chyba przestrzeliłem. W ciągu ostatnich dwóch dni przepracowałem jakieś 28h. Tak, dla pieniędzy i zdecydowanie nie tanio. Z czegoś trzeba odłożyć na całą tą bezdomność i podróże... Ale powoli odnoszę wrażenie, że łatwiej i przyjemniej byłoby po prostu pod latarnią. I w sumie też nocami.

Ja może i sprytny jestem, może sobie mogę organizować cuda i wianki, ale wycięcie mi życia do poziomu krótkich drzemek pomiędzy pracą a pracą przeszkadza. Czuję się jak zombie, ni cfanie, ni atrakcyjnie. Podejrzewam, że firma przejrzała mój niecny plan dorabiania nierządem i uniemożliwia mi złapanie odrobiny regeneracji. Blad'.

La! Łi-łi.


Jeżeli w pewną marcową niedzielę Anno, być może, Domini 2010 komuś wydawało się, iż widział w Warszawie pewnego niemal młodego człowieka pędzącego w rozwianej peruce i stroju z okolic XVII Francji, dźwigającego na plecach kawał zupełnie nowoczesnego plecaka to nie miał halunów. To byłem ja…

…acz do rzeczy. Impreza była. Impreza o tematyce „wampyry”. Przyznam, że latami czekałem na taką okazję i trochę mnie poniosło. Elementy kostiumu dochodzą pocztą po dzień dzisiejszy, częśc nie wiedzieć czemu obciążona cłem. Za to kły i świecące soczewki rządzą. Przyznam przy tym, że wypożyczenie fragmentów kostiumu z teatru było strzałem w dziesiątkę.

Impreza zacna, pomysł powrotu do Kraka w pełnym umundurowaniu mniej. Owszem, spacer po łazienkach i zaimprowizowana sesja fotograficzna przez spotkanego przypadkiem Turka były fajne. Nowa dyscyplina sportowa – bieg w stroju historycznym z obciążeniem – nie. Pociąg, mimo oczywistej przynależności do niższej klasy społecznej, postanowił bezwstydnie uciec. Nie zrażony tym pobieżyłem z ferajną do kina, by poczekać na następny pociąg, odjeżdżający rozkładowo o 18:30.

Nie pomnę o obsłudze kina, klienteli Złotych Tarasów i tabunom przechodniów zachowoujących powagę i opanowanie do momentu minięcia mego podówczas zacnego oblicza i znalezieniu się za równie zwyczajowo zacnymi plecami, kilku osobach które uporczywie odmawiały przyjęcia do wiadomości faktu, że nie jestem halucynacją i podobnych. Nie warto. Pomnę natomiast o P***KP.

Umieszczenie pociagu w rozkładzie na 18:30 i opisanie go poniżej ołówkiem na 18:14 to chamstwo pierwszej wody. Uporczywe utrzymywanie przed kilkunastoma (co najmniej!) osobami, jakoby zmiany były wszędzie naniesione i widoczne wymyka się mojemu zrozumieniu. Baszd mag, w rzekomo dzikiej Albanii kolej lepiej funkcjonuje! Nie lubię PKP, bardzo nie lubię. Nawet pomijając fakt, że całkiem miło przedłużył się przez to weekend. Tyle chyba, bo leceu na ry… szlachetne oblycze.

Młotkiem go, młotkiem!

Organizm właśnie usiłuje mi się wyłączyć. Staram się bestie straszyć akumulatorem i mokrymi ręcznikami, a on nic! Po prostu żenada - ledwie człowiek przepracuje sobie te cztery dni robocze między poniedziałkiem i środą, a tu takie historie! Może coś było nie tak z tym ostatnim obiadem, co to go jadłem w sobotę? Dziwne to wszystko. Chyba napiję się jeszcze trochę elektrolitu i podepnę do lodówki - zwykle pomagało.

...a co ja to. No tak, 72h po ostatnim awansie zaczęło padać niepalenie, jak dotąd trzymające się dość dzielnie od września. Razem z niepaleniem, szyderczo śmiejąc się w głos pohasało w dal regularne żywienie. No, właściwie to żywienie w ogóle. Sen po cichu zaczął zwijać macuszki i chować się w szafie. In plus - smukleję, średnio kilogram na dwa dni. Poza tym nie jest dobrze. Jeszcze żyje, ale widzę narastający bunt na na poziomie komórkowym.

Jakby tego było mało gdzieś powoli zaczyna się wiosna, ptaszki radośnie świergolą i wesoło jakoś się robi. We wtorek zdążyłem jedynie wyszydzić ostatnią zimową zaspę. Obawiam się przeto, że w okolicy może zacząć grasować jakaś chuć i pchać ludzi do niecnych czynów. Drodzy moi, ostrożnie! Z tym nie ma żartów. Gdyby jednak doszło do nieszczęścia, przypominam jedno z najskuteczniejszych lekarstw na miłość. Młotek - szczegóły tutaj, a niebawem o temacie więcej, bo mam dziwne wrażenie że będzie potrzebny.

Tymczasem piosnka, jedna z ulubionych po sprowadzeniu średniej snu do poziomu trzech godzin na dobę:

Pfff...


Są takie momenty, kiedy poziom absurdu życia w corpo przerasta nawet moje, mocno koślawe poczucie humoru. Monty Python mógłby się uczyć. Dilbert to praktycznie dokument.

Otóż dzisiaj stanąłem przed frapującym wyzwaniem wykonywania całego zestawu nowych obowiązków, acz tak by robota była robiona, a jednocześnie nikt nie zauważył, że robię coś nowego. Czy że zarządzam innym zespołem. Albo jestem na, baszd mag, innym stanowisku. How funny is that? I tak trzynaście godzin. I jutro też. Wow. Tak, a jutro mam zorganizować serie spotkań, aranżując to tak by nikt się nie połapał, że je organizuje. Szau.

Ale, tak właściwie to dość marudzenia, bo ani to zabawne, ani interesujące. Właściwie to chciałem bardziej o pewnej potrawie. Z marchwi. Rzecz o tyle znamienna, że marchwi nie lubię, nie ufam jej i uważam za warzywo zupełnie zbędne, a większych ilościach wręcz trujące.

Tak było do czasu zaznajomienia się z kuchnią Tadżykistanu. Głowę dam, iż każdy przepis zaczyna się od "utrzyj kilogram marchwi". I tak piętnaście razy, co można zobaczyć tutaj...