Błogosławieni, którzy widzieli i przyjęli stosunek ambiwalentny, aczbowiem oni czochrać kapustę będą.


Muszę zacząć zwracać baczniejszą uwagę na rzeczywistość. Ostatniego poranka niemal zadecydowałem, iż łatwiej będzie przejść Wisłę pod mostem, niż po moście. Wszystko fajnie, chodzenie po wodzie ponoć da się odstawić, jeżeli człowiek cnotliwy, acz moja cnotliwość nie dość, że jest mocno przechodzona, to i raczej z przypadku, niż przekonania. Cóż, trzeba się będzie skupić... Z innej okazji za to przepis jak odróżnić kartofla.

Wiosna...

Tak, dzisiaj definitywnie zauważyłem pierwszy ze znaków nadchodzącej nieśpiesznie wiosny. Otóż zobaczyłem ja wiosenne ptaszę. Wyło przeraźliwie usiłując odkuć się od gałęzi. Jak to jest, ze na Suwałkach ponoć -4C, a tutaj -8C? Halo, niech to ktoś ogarnie.

Będąc w temacie pogody - słyszałem ongiś rodzinną historię, jakobyśmy mieli kiedyś ciotkę. Ciotka była osobą we wsi wielce poważaną i cieszącą się mianem osoby nie tylko bywałej, ale i wpływowej. Jako jedna z pierwszych w okolicy dorobiła się telewizora, telefonu i wszystkich oznak nowoczesności. Jednym z pomniejszych jej talentów była umiejętność zaklinania pogody.

Większość gminu nie widziała, jakich ciotka używa środków, by pogodę zaklinać, była bowiem nader kapryśna w przyjmowaniu zleceń. Gdy już się zdecydowała pomóc, drzemała sobie najczęściej w fotelu, wydając bardzo okultystyczne odgłosy. Jedynie bliższa rodzina wiedziała, iż magia polega głównie na dokładnym zapoznawaniu się z prognozą pogody.

Korzystajac niniejszym z okazji chciałem zarzucić swoim zwyczajowym zaklęciem na wabienie ładnej pogody. Uwaga:

Wombat! Wombat! Cztery-wiosny!

Dziękuję.

A tak zupełnie przy okazji, to polecam ten wpis. Nigdy nie aspirowałem do pisania szczególnie mądrych rzeczy, trochę za mało obyty na to jestem, acz pozwolę sobie zauważyć, że to mądre jest. I dobrze napisane. I daje do myślenia, szczególnie jeżeli ktoś potrzebuje sobie pomyśleć.

Czas wolny.


Tak, czas wolny jest koncepcją, która jakoś mi umyka. Mimo delikatnych oporów lekarka wysłała mnie na przymusowe L4. Pewnie dlatego, ze straciłem głos i nie mogłem jej za bardzo wytłumaczyć że nie mam na to czasu.

Cóż, podjąłem ciekawe wyzwanie pt. mieć L4 i nie pracować z domu, skutkiem czego wypolerowałem kuchnie. Dwa razy. Okazuje się iż część elementów, które pierwotnie podejrzewałem o bycie szczotkowanym aluminium okazały się być śnieżnobiałą emalią. No, ale nie czarujmy się - kto w wynajmowanym mieszkaniu wspina się pod sufit by wymyć mniej dostępne elementy okapu kuchennego. Nie przymierzając - w większości mieszkania warunki pozwalają na pomniejsze zabiegi chirurgiczne.

Gdzieś po drodze padły jeszcze trzy książki, parę filmów i bodajże jedna gra. Szau. Nie wspominając o tym, jakobym miał letkie zmiany organizacyjne w corpo i od poniedziałku czekają mnie nowe wyzwania. Nie żebym miał ochotę...

...a co poza tym. Planowania pod Camino ruszają pełną parą, ilość planowania pod to przedsięwzięcie jest lekko niebotyczna, ale też próba przeżycia ośmiu tygodni z całością dobytku na plecach nie jest rzeczą szczególnie łatwą. Jeszcze się tylko nauczę żonglować, co by móc wieść bezdomne życie w miarę godnie i opływając w luksusy... Zarys trasy gdzieś powyżej.

Inter alia

Bardzo spodobał mi się powyższy tytuł. Jest, teges, egzaltowany, co jak przy każdym zastosowanym trudnym słowie pozwala na lekki lans.

Będę pewnie podsumowywać tydzień jakoś jutro, a co ciekawe - mimo iż spędziłem go w domowych pieleszach, trzeźwo i spokojnie, to jest jednak o czym pisać. Mimo to chyba jeszcze nie jestem w humorze na pamiętnikarstwo.

Tymczasem, jeżeli ktoś ma ochotę pobawić się w hedonizm, to polecam kombinację lampki Cono Sur, wytrawnego wraz z odrobiną twardego żółtego sera i jakąś muzyką, na przykład taką:

Rzeczywistość się stawia

Są takie dni, kiedy rzeczywistość z szyderczym chichotem usuwa nam grunt spod nóg. Otóż wyszedłem sobie z rana w piękny wiosenny dzień, oczyma duszy widzącego się pośród wiosennego kwiecia i świergolenia ptasząt.

Niestety, jedyne ptaszę które spotkałem leżało we śniegu, zamarznięte na kość i świergolić nie chciało. Nic to! Niezrażony brnąłem przez wiosenne zaspy, by zasiać odrobinę radości w Corpo. Nie dane mi było.

Mimo dramatycznych prób wbiegnięcia na pobliską ścianę padłem ofiarą pługu śnieżnego obrzucającego błotem chodnik. Szczęściem jestem człowiekiem spokojnym i opanowanym. Po tym jak dostałem coś piętnastoma litrami błota zelżyłem jeno żeńskich przodków kierowcy, wróciłem do domu, przebrałem się i wybrałem do pracy po raz kolejny.

...czekał. Dziesięć metrów od wejścia dorwał mnie po raz drugi. Wdech, wydech. Krótki przegląd kontaktów czy znam kogoś w mafii. Niestety nie, więc zostaje Zen. Przebierka i podejście numer trzy. Udało się, ale obiecuję sobie tego typa dorwać. Na tą okazję przygotuję chyba nawet półcegłówkę na sznurku.

Do pracy udało się dotrzeć, tylko po to by doświadczyć ataku gorączki, paroksyzmów i całego tałatajstwa. Pierwsze w tej trzylatce poważne chorowanie nie czekało i przypuściło pełen szturm. Spokojnie ogarnąłem co trzeba i udałem się do lekarza. Nie ma to jak L4 i możliwość spokojnego popracowania z domu.

Cierpiącym (nie żebym szczególnie cierpiał, tylko to szarpanie w lewym oskrzelu):

Śnieg.

Myślałem żeby pisać o jakichś imprezach, i innych rzeczach które są tak bardzo istotne, że ulatują z pamięci tydzień później. Może na wzmiankę zasłużyłyby jedne ładne oczki i kawałek cudnego uśmiechu, bo i nieczęsto takie zjawiska chodzą po ziemi... nawet jeżeli odrobinę podlane piwem. Na dłuższą wzmiankę jednak nie będę się szarpał, bo tak oczy, jak i uśmiech są już czyjeś, więc szczęścia panom życzyć pozostaje.

Miło patrzy się na śnieg padający za oknem, miło myśli się, że niedługo już będę zamykał sprawy w Krakowie, rozdawał dobytek, likwidował mieszkanie i uciekał w wędrówkę. Długo już jestem tutaj. Powiedziałbym że za długo, gdyby nie to, iż ostatnie parę miesięcy na pewno nie było zmarnowane. Lata właściwie też były bardzo ważne. Może poza jednym takim rokiem, który lekką ręką rozmieniłem na drobne.

Z podjętą już decyzją żyje się inaczej, lżej - wiem, że nie uplątam się już w nic długoterminowego. Wiem, że nie będę zaczynał nowych rzeczy, tylko kończył wszystkie obecne. Nie będzie na pewno łatwo zamknąć wszystkiego. Ludzie którzy zostaną będą żyć dalej. Nawet kiedy wrócę, parę lat oddala. Nie wraca się do tych samych osób. Wierzę, że kilka jednak zostanie - doświadczenie uczy, że przyjaźnie nie zacierają się szybko, a zwykle nigdy. Na pewno nie wszystkie nitki przetrwają próbę czasu, na pewno wartościowe zostaną. A teraz zima... i czekanie na wiosnę.


Szczerze polecam tą notkę. I całość. Kroku bym pewnie nie dotrzymał, bo czasem ducha ciągnie do Miasta i Maszyny ale tacy ludzie inspirują.

Cztery ćwierci...

Mam ochotę trochę pomarudzić. Acz tylko odrobinę. Bynajmniej nie dlatego, że akurat miałem parę dni wiosny, a teraz mam sporo zimy. Pogoda interesi mię w tym samym stopniu co grawitacja - nie walczymy, póki nie przeszkadza za bardzo.

Deczko dość mam ganiania za wiatrem, ścigania się w piętnaście stron na raz i całego tego bajzlu. Jasne, praca na coś pod dwa etaty, w połączeniu ze wznowionymi studiami dziennymi, plus serią sportów pozostawia czasu najwyżej na okazjonalne drzemki. Jestem zmęczony.

Ech... byle do jesieni, hasania po dziczy i radosnego zniknięcia. Trzy lata w jednym miejscu (co z reszta jest jednym z życiowych rekordów) to za dużo. Acz tyle o planach, bo i jeszcze się sypną (a sypną się pewnie).


A, w weekend ponoć śluby, imprezy i inne. Z tej okazji testuję klej do charakteryzacji. Jest szau, dzisiaj z braku lepszych obiektów afektu prześpię się z gwoździem, nakrętka i filtrem z kranu, wszystkimi państwem przyklejonymi do lewego przedramienia.

Ręczny! Gdzie tu jest ręczny?!

Oj, nie wyrabiam. Acz po kolei. Włochy fajne, Włosi tym bardziej. Hałaśliwa to nacja, ludzkich języków nieuczona, acz czego im w lingwistyce nie dano, wynagrodzono w ogólnej śródziemnomorskości. Uroku dodawał też fakt, iż większość obserwowałem w Mediolanie, stolicy lansu.

Wszystko szło fajnie i pięknie, poprzez śnieżyce, aż po sobotni wiosenny dzień. Wieczór także nie rozczarowywał, gdyż zaczął się w okolicznej knajpie (http://birrificiolambrate.com/)... Toczył się spokojnie i statecznie, żłopaliśmy sobie z Kano piwko, acz tu nagle - zamykają! Nic w tym niezwykłego, prawdziwa tajemnica rozpostarła się na kolejnych wydarzeniach. Otóż, kolejną rzeczą którą kojarzę jest obudzenie się w hostelu, we własnym łożu... rzecz o tyle niezwykła, iż film nie rwie mi się łatwo, Kano jako że letko weschodnia jest, też takich przypadków nie notuje.

Z ostrożnie rekonstruowanych wydarzeń wiemy iż od ok. 1:17 (ostatni odczyt z bankomatowego rachunku), po 2:30 (SMS-es o frywolnej ortografii wysłany w niewiadomym celu pod całkiem znany numer) - nemo. Obudziliśmy się oboje, w pokoju powiewała nieobecna wcześniej czerwona zasłona.

Teorie mamy dwie - dragi w drinku, co jest pomysłem kuriozalnym, jako że:
(a) napojów swych pilnuje i nie opuszczam.
(b) dosypywanie mi czegokolwiek do piątego piwa nie ma żadnego sensu - w tym stanie i tak zwykle zgadzam się na wiele, częstokroć współpracując.

Teoria druga jest o wiele bardziej racjonalna i prawdopodobna - porwali nas kosmici! Zbieżna o tyle, że Kano na lotnisku uporczywie piszczała bramkę, niezależnie od ilości podejść i technik. Ma pewnie czipa, co dziwniejsze, ja nie. Odnoszę dziwne wrażenie, że kosmici mnie nie polubili.



A, tak poza tym to chyba wyrwałem jakiegoś Libańczyka, co dawałoby mi średnią dwóch Libańczyków na kwartał i byłoby motywem przewodnim, gdyby nie kosmici. Pewnie rzucałbym frywolnymi uwagami pełnymi podłych uwag o podtekstach kulturowych, a tak nie będę.

PS. Zwolniło się jeden pokój, odenajmę chętnie. Szczegóły na IS.

Mi dispiace, mio coniglio ho mangiato vostra sedia.

Cóż, terminarz odłożony, walizki... waliz... Ok, nie mam bagażu.

Anyway, kfiatki zastraszone i podlane. Samolot i szukamy wiosny!