Rage on.

Dzisiaj będzie bardzo muzycznie, gdyż zwyczajnie leceu na ryj, a i mi się jakoś poskładały rano teledyski w sekwencję... generalnie dzień zaczynał się w nastroju lekko wojennym:


By przez większośc swego czasu przypominać regularną batalię...



Acz skończył się mniej więcej tak:


Pół nocy, kawałek poranka i pół dnia zbroiłem się w modele stochastyczne, kwantyfikowałem pracownikoprojektogodziny, wróżyłem z numerków i kocich wątpi, by ponad wszelką wątpliwość dowieść iż nie jestem wielbłądem, paprotką, ni też małą pomarańczową piłeczką. Udało się, pierwsza batalia wygrana, generalnie na każdym froncie. Jest szansa, ze się to wszystko wyprostuje i będzie w miarę sterownie. I może nawet zacznę sypiać więcej niż chwilę, albo jeść częściej niż przeciętna żmija...

A, w archwia pwrzucałem deczko wspominek z Camino (lipiec/sierpień 2008)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz