Łopatą i kawą

Tydzień minął od czasu, jak miałem chwilę postukać w klawisze. Będzie zatem w dwóch odsłonach, przy czym druga - kulinarna.

Kawalkada zeszłego weekendu miała nad wyraz ciekawy finał. Na mecz siatkówki naszej dość początkującej drużyny przyjechali goście, którzy prezentowali poziom eony dalszy od naszego. Chcąc zostać świadkiem tego cudnego zdarzenia usiłowałem dostać się wprost z lotniska na boisko...

Wszystko pięknie, acz gdzieś parę kilometrów za Krakowem panu taksówkarzowi pomyliły się drogi. Jął przeto krążyć po okolicznych chutorach i jakoś tak niefortunnie zakopał się w śniegu. Początkowo utrzymywał, że wszystko pod kontrolną, acz szybko zmienił zdanie. Od tego momentu, przez kolejne 40 minut wypychałem cholerną taryfę ze śniegu, okazjonalnie lądując w nim niczym białogłowa w kisielu, czy też przyjmując na pierś pół skiby błota tryskającego spod kół. Kiedy zmożony przewagą zimy udałem się pieszo do pobliskiego domostwa pożyczyć łopaty, żeby więcej śniegu odgarnąć panu udało się uwolnić i pojechał w dal... Zostawiając mię w polu, uwożąc przy tym sporo zimowej odzieży, czy też dokumenty.

Pałam spokojem, cierpliwością i opanowaniem. Przemoc jest mi z natury obca. W biegu na 100m i rzutem szpadlem zdobyłbym tego wieczoru olimpijskie złoto. Nic to, samochód okazał się szybszy. Dopiero interwencyjny telefon do korporacji pozwoliły namierzyć pana i szczęśliwie dotrzeć na miejsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz