Livin' large (in small places)

London, London. Czasami zdarza się, iż migruje mnie na trochę do Londynu. Układ jest czysto zawodowy, więc zwykle odbywa się w układzie samolot-hotel-praca-hotel-samolot. Acz nie tym razem.

Cała sprawa szła ładnie aż do piątku, gdy zakończyła się cześć służbowa, a zaczęła prywatna. Niewinnie i szybko mieliśmy z bagażami przenieść się do najętego na weekend pokoju i wrócić na zorganizowaną imprezę. Całą akcje przeprowadzałem z towarzyszka Kano, z którą mamy dość sporą historię wpadek podróżniczych, ocierających się z lekka o komedię pomyłek.

Tak i tym razem, targając tony bagażu udaliśmy się metrem w trasę. Opuściliśmy docelową stację, bez chwili wahania skręcili w złą stronę i poczęli niepotrzebnie okrążać dworzec. Tam też pewien uczynny człowiek pokierował nas w dobrą stronę, acz nie z nami te numery - docierając do właściwej drogi stanowczo odwróciliśmy się plecami do celu i zaczęliśmy pędzić.

Po jakichś 40 minutach forsownego marszu skonstatowaliśmy, że jednak udało nam się opuścić dzielnicę w której znajduje się nasz hostel i czas chyba na desperę w postaci taksówki. Pan kierowca był bardzo miły, gdyż mimo iż nie znaliśmy adresu ani nazwy hostelu, udało mu się go mniej-więcej znaleźć i podwieźć pod same drzwi, prosto w kałużę.

Tu druga niespodzianka... hostel. Tak, uroczy przybytek prowadzony przez bandę młodych ludzi o dość liberalnym podejściu do życia, standardów, przepisów BHP i innych reguł które skostniałe społeczeństwo narzuca młodym przedsiębiorcom.

Spałem w różnych miejscach, ale pokój 2 metry na 2 metry, gdzie postawione na sobie trzy łóżka czynią nocleg wywarł na mnie wrażenie. Na szczęście nie ma w nim żadnych innych sprzętów, gdyż najpewniej nie dałoby się wtedy otworzyć drzwi, a tak zablokowane jest jedynie okno. Reszta trzyma z resztą podobny standard, prysznice na przykład utrzymują stabilną temperaturę wody w okolicy 4C (wiadomo nie od dziś, że wody jest wtedy najwięcej!), a kuchnie ktoś zamknął w piwnicy i chyba strasznie męczy.

Udało się nam jakoś ogarnąć sprawę, dzięki wprowadzeniu jasnych zasad, jak np. poruszanie się tylko w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Tak czy inaczej trasa szacowana na 40 minut, zajęła dwie i pół godziny. Impreza za to z planowanych dwóch godzin przeciągnęła się do poranka, kiedy to jakiś miły pan nielegalną taksówką zawiózł nasze dogorywające zwłoki z West Endu w okolice hostelu, którego nazwy znów nie byliśmy w stanie podać. Mam niejasne wrażenie przepicia absolutnie porażających ilości funtów. Za to cały czas* bawiłem się świetnie...

Jutro o bandzie cfaniaków, którzy pod pozorem prowadzenia muzeum obrażają ludzi.

*"Cały czas" zakładając zastosowanie metod szacowanego statystycznego, otóż zakładam ze jeżeli wszystkie obserwacje zapamiętane z wieczoru są pozytywne, to okresy pomiędzy nimi, których nie pamiętam (jako że nie były ważne) także musiały być przyjemne.

1 komentarz:

  1. Podroze z biurem turystycznym "Twoj Zaklad Pracy" zawsze zapewniaja dodatkowe atrakcje :) A tobie nawet tego nie wystarczylo i jeszcze samopas poszedles? ;)

    Ja chce zobaczyc zdjecia z poranka po ! :D

    BTW, 4C to optymalna temperatura do podawania zimnych napojow - pewnie przygotowali tak wode specjalnie na przyjazd Polaka :)

    "eżeli wszystkie obserwacje zapamiętane z wieczoru są pozytywne, to okresy pomiędzy nimi, których nie pamiętam (jako że nie były ważne) także musiały być przyjemne. " - a jesli okazalyby sie jednak wazne to zyczliwi znajomi przesla ci w koncu linka do youtube'a ;)

    Jesli chcesz, to w jakims momencie czasoprzestrzennym podrzuce ci moja relacje z podrozy sluzbowej na Ukraine. to co sie tam czasem dzialo to hardcore, i to nie w pozytywnym znaczeniu tego slowa ;)

    Pozdrowienia
    /shounen

    OdpowiedzUsuń