Feuer frei

W nawiązaniu do poniższej notki - przepis na wake... wróć, kawę. Może być lekko chaotycznie, jako że właśnie spożyłem filiżaneczkę i lekko łapy mię latają. Nie wspominając o tym, że cały świat zadaje się poruszać jakoś powoli. Anyway, do przepisu!

6 komentarzy:

  1. wiesz ze czytam twojego bloga... wiesz ze jestem na detoxie od kawy...

    z pelna swiadomoscia stwierdzam ze jestes sadysta i zemszcze sie okrutnie, pewnie na jakims karaoke ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Właściwie, to trochę mnie zainspirowałes... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesli myslisz ze nazwanie mnie inspiracja mnie ulagodzi, to prawie ci sie udalo ;P
    Co nie zmienia faktu ze sadyzm sadyzmem pozostaje i zostaniesz ukarany w imieniu ksiezyca ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie miałam kardamonu, i chyba przegięłam z imbirem, bo jedyne co czułam po tej kawie, to ostrość na języku. Szkoda że nie języka albo - jeszcze lepiej - umysłu. Wciąż potrzebuję Twojego zapału do nauki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Heh, do idealnych proporcji trochę czasu dochodziłem :). Nie poddawaj się, prędzej czy później wyjdzie ok...

    Przepis na stronie zmodyfikuję, bo faktycznie podana ilość może jest trochę za wysoka...

    OdpowiedzUsuń
  6. No, zdaje się, że ja też będę dochodzić. Do proporcji tylko, niestety. A W OGÓLE, bo ja to robię w młynku elektrycznym. I nawet jak imbir mam mielony, to i tak go mielę tym młynkiem. I tak sobie myślę, że to by trzeba sobie zrobić takie większe porcje tego, a robiąc kawę dosypywać trochę tego, trochę tamtego. Albo zrobić gotową mieszankę, tylko, kurde, jak? Hmm. Aaa, nie mam teraz głowy do kawy, którą pijam średnio raz w tygodniu (tak tylko wlazłam, w ramach przerwy w nauce do egzaminu...).

    OdpowiedzUsuń