Droga...

Dobra, uprzedzam z góry, że mogę trochę smęcić, bądź też pisać trochę na serio, co nie zdarza się jakoś szczególnie często. Takoż, proszę przygotować sobie chusteczki, alkohol, bądź tez absztyfikanta. W stosunku ceny do jakości sugeruję alkohol.

Otóż, gdyby kiedykolwiek w życiu zdarzyło się wam iż ktoś zaprosi was na marsze, drogę, pielgrzymki, czy inne deptanie w dystansie ponad dwutygodniowym, to pluńcie bestii w twarz i ucieknijcie. Serio, to uzależnia i robi dziury w mózgu.

Są plusy, jak najbardziej. Deptanie sobie to taka forma medytacji, pozwala załapać dystans, ogarnąć się i stwierdzić, iż codzienny poziom problemów jest błahy, bo serio, fakt że ktoś nie podpisał papierka na czas, w porównaniu z boli mnie stopa i nie mam gdzie spać - blednie.

A z minusów, to człowiek robi się monotematyczny i tendencyjnie wraca do tego samego, w zestaw wpada też święty ogień w oczach, kruszyny fanatyzmu i skłonność do szwendania się. Przyznam, że odkąd siedzę w Krakowiu prawie rok maszeruję absolutnie wszędzie. Nie zdarzyło mi się jeszcze usiedzieć niedzieli w mieszkaniu, jechać tramwajem do M1 (będzie cos pod 7km). I to nie daje rady na dłużej niż parę dni...

Generalnie wszystko jest ok do około roku, acz potem zakrada się pogłębiająca się skłonność do teleportacji (konia z rzędem, bądź sam rząd bom ze siwkiem oswojon, temu kto dotrzyma mi kroku w średnim dystansie :)), łazikowanie i ogólne szwędactwo. I brak spokoju, dystansu... jasne, wylewność nigdy nie była moją mocną stroną, może za wyjątkiem wylewania nie-za-kołnierz, acz potrzebowałbym się oderwać od tego całego bajzlu, się nerwowy robię ostatnio.

Dopsz, skończmy juz bredzić, generalnie nie jest źle. Tak w ogóle, to kręci się branżowa siatkówka ostatnimi czasy, jakby kto zainteresowany był, to pisać :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz