Camino IV

Wszyscy jestesmy dziecmi kosmosu. Kazda komorke naszego ciala przenikaja kosmiczne prominie milosci. Itp. itd. Tak przynajmniej utrzymywala wlascicielka schroniska, z ktorego ucieklismy dwa dni temu. Od tego czasu udalo nam sie zrobic jakies 80km, z miedzyladowaniem w malej wiosce - wierzymy ze nas nie znajdzie. Dzisiaj na ostatnich nogach dotarlismy do Cacabelo, do schroniska w ktorym nie bylo wolnych miejsc.

Udalo nam sie za to wywalczyc kawalek zadaszonego gruntu, dokladniej wiaty pod kosciolem, gdzie zamierzamy spedzic noc. Udalo sie tylko dzieki sympatycznej pani w informacji turystycznej, ktora przelozyla nam na hiszpanski pytanie "czy ta podloga jest wolna?". Tak uleglo kolejne przyzwyczajenie normalnego zycia - łóżko. Z innych nowinek - notorycznie walczymy z owcami. Nie dalej jak pare dni temu jedna z nich dotkliwie pokasala mnie w sznurowke i, nim zdazylismy zareagowac, zanieczyscila jedyne w okolicy zrodlo wody.

Wsrod lokalnych z reszta dosc popularnym sportem wydaje sie byc polowanie na pielgrzymow - przynajmniej dwa razy dziennie znajdujemy pielgrzymolapki. Czasem jest to niewinnie wygladajacy staruszek, ktory dyskusja opozni nasz marsz i w efekcie uniemozliwi znalezienie normalnego noclego. Kiedy indziej znow bedzie to rozciagniete frywolnie w poprzek drogi kilkanascie metrow drutu kolczastego.

Poznajemy tez coraz wiecej ludzi - naszym faworytem jest czlowiek na monocyklu. Przez kilka dni wszycy mysleli ze jest halucynacja i nikt z nim nie rozmawial. Smutny byl strasznie, jakos markotnial. Dopiero kiedy wpadl w jedna z pielgrzymolapek (ku uciesze lokalnych) okazalo sie, ze istnieje na prawde i do tego jest calkiem sympatyczny. Przyznam jednak, ze kiedy mija nas w ciagu dnia wciaz czuje sie jakos nieswojo.

Tyle na dzis, koniec trasy za pare dni, potem jeszcze chwila leniuchowania nad brzegiem oceanu. W miedzyczasie postaram sie podeslac troche zdjec, choc pewnie nie bedzie to nic ciekawszego niz dotychczas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz