Piasek i niebo, garść wina, żółw

Kulinarnie.

Jest taka religia, znana jako Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny. Pokrótce Hare Krishna. Oczywiści wiemy wszyscy że to demony, potwory i w ogóle wodzą ludzi na pokuszenie. Idzie im to całkiem nieźle, uważam zatem iż nie należy przechodzić obojętnie nad masą technik i środków jakimi dysponują. Postanowiłem spróbować sił w kuszeniu na ich sposób - słodyczami.

Nim przystąpimy do wykonania przepisu należy zebrać wszystkie swoje rojenia i dążenia do zgrabnej sylwetki i zadusić je poduszką. Tak będzie bardziej humanitarnie. Po załatwieniu sprawy przechodzimy do sedna - przepisu.

W gąszczu poczytalności.

Tak, to jeden z tych niedzielnych poranków, którym nic nie można ująć, niewiele należałoby dodać. Sprawa dość skomplikowana jest, więc zacznijmy od wrzucenia czegoś w tło. Znalezione tutaj.


Poranek dzisiejszy zaczął się stosunkowo późno, nieśmiałą myślą przebijają się przez po-imprezowe splątanie... myślą nader prostą - wody... Niewiele po tym nastąpiła pośpieszna rewizja wydarzeń poprzedniej nocy, konstatacja iż przypuściłem zaciekły atak na własny kręgosłup moralny, z którego to bestia jednak wyszła jak zwykle - pokrzywiona, acz w całości.

Nieliczni kojarzą załamanie frontu życiowego w okolicach grudnia zeszłego roku. Obnosić się ze sprawą nie ma po co, acz nie da się ukryć iż załamania takie mają nieprzyjemną skłonność do odbijania się na poczuciu własnej wartości, godności i paznokciach. Ot, okazuje się iż wystarczy poczucie wartości potrzymać miesiąc w mieszkaniu, potem wystawić na parkiet i jakoś się pozrasta.

A, i poznałem także wczoraj którąś z rzędu jedyną miłość, emanację boskości i piękno wcielone. Chodziło ubrane w dresie i się gibało. Jako że zostałem olany, zakładam też nieoczytanie, brak znajomości języków wrażych i nieporadność życiową.

Kochajmy żółwie, tak szybko odchodzą

Notka będzie krótko, w jednym temacie. Otóż mam bloga i nie zawaham się go użyć. Z tego miejsca, głośno, jasno i wyraźnie pragnę stwierdzić iż Moana bar, znajdujący się na ulicy Sławkowskiej pieniędzy moich oglądać nie będzie. Udało nam się zejść trzy stopnie przedwczorajszego wieczoru, nim wystartował ku nam bramkarz pytając "w czym może pomóc?", tonem głosu sugerującym, że najchętniej w byciu pobitym. No halo... z czym do ludzi? Po takim obrocie spraw pozostało jeno zaszyć się w "Zaraz Wracam Tu" na nieprzyzwoite ilości tokaja.

Byznes plan

Co by tak zapełnić chwilowo wyimaginowaną lukę czytelniczą podzielę się może dwoma pomysłami na opływanie mlekiem i miodem. Oczywiście - pierwszym jest usadowienie się w wannie z dużą ilością mleka i miodu. Drugi za to jest niepomiernie ciekawszy.

Pomysł zrodził się podczas którejś z dyskusji o żurbach, dusimyszach, wombatach-cztery-wiosny, niewidzialny bobrach i innych takich. Otóż, mes cheurs, wszyscy słyszeliśmy o wartościach. To popularne w prasie. Abstrahując - wartości można mieć różne, istnieje jednak pewien podstawowy kanon stosowany dość powszechnie.

Tutaj idealnie wpasowuje się byznes plan. Second hand z wartościami. Przecie kampania marketingowa nie wymaga nawet wysiłku: "lekko przechodzoną cnotę tanio sprzedam", "honor z drugiej ręki po przystępnych cenach", "przyzwoitość jak nowa". Biorąc pod uwagę pewną niemierzalność podmiotu sprzedaży sklep internetowy jest jak znalazł. Oczywiście, towar zawsze należy dostarczyć, stąd też pomysły na np. godność w czopkach, czy też honor drukowany na papierze toaletowym. Mnogość zastosowań i pomysłów jest po prostu niezliczona...

...a w którymś z kolejnych odcinków wyjaśnienie dlaczego się nie udało.

Toksykologia

Tą piękną wieczorową pora doznałem olśnienia. Siedziałem sobie jak zwykle pisząc dokumentację, nadrabiając zaległości i odrobinę starając się pchnąć na przód parę inicjatyw prywatnych, gdy nagle nadeszło. Niespodziewanie, choć pewnie w kwestii olśnień to rutyna.

Otóż uważam, iż z obecną pracą łączy mnie związek toksyczny. Męczę się, walczę i zmagam, siedzę długie godziny zastanawiając się po co to, a potem raz na trzy tygodnie coś wyjdzie nadzwyczaj udanie i czuję, ze to jest to. Coś jak pijany mąż przynoszący kwiaty do domu. Tyle, że chwiejnym krokiem i nocami wracam ja.

Sprawa o tyle ciekawa, ze większość zwyczajnych związków wydzielających jakiekolwiek zjadliwe alkaloidy kończyłem szybko, zwykle sugerując alternatywę w postaci szpadla. Intrygujące... Anyway, bez smęcenia, coś co wygrzebałem tutaj i słucham cięgiem chwilowo:


PS. A tak na marginesie - Drogie automaty MPK. To jest ostatnie ostrzeżenie. Jeżeli jeszcze raz któryś połknie mi tyle kapuchy i nie da biletu, to pogadamy inaczej.

Feuer frei

W nawiązaniu do poniższej notki - przepis na wake... wróć, kawę. Może być lekko chaotycznie, jako że właśnie spożyłem filiżaneczkę i lekko łapy mię latają. Nie wspominając o tym, że cały świat zadaje się poruszać jakoś powoli. Anyway, do przepisu!

Łopatą i kawą

Tydzień minął od czasu, jak miałem chwilę postukać w klawisze. Będzie zatem w dwóch odsłonach, przy czym druga - kulinarna.

Kawalkada zeszłego weekendu miała nad wyraz ciekawy finał. Na mecz siatkówki naszej dość początkującej drużyny przyjechali goście, którzy prezentowali poziom eony dalszy od naszego. Chcąc zostać świadkiem tego cudnego zdarzenia usiłowałem dostać się wprost z lotniska na boisko...

Wszystko pięknie, acz gdzieś parę kilometrów za Krakowem panu taksówkarzowi pomyliły się drogi. Jął przeto krążyć po okolicznych chutorach i jakoś tak niefortunnie zakopał się w śniegu. Początkowo utrzymywał, że wszystko pod kontrolną, acz szybko zmienił zdanie. Od tego momentu, przez kolejne 40 minut wypychałem cholerną taryfę ze śniegu, okazjonalnie lądując w nim niczym białogłowa w kisielu, czy też przyjmując na pierś pół skiby błota tryskającego spod kół. Kiedy zmożony przewagą zimy udałem się pieszo do pobliskiego domostwa pożyczyć łopaty, żeby więcej śniegu odgarnąć panu udało się uwolnić i pojechał w dal... Zostawiając mię w polu, uwożąc przy tym sporo zimowej odzieży, czy też dokumenty.

Pałam spokojem, cierpliwością i opanowaniem. Przemoc jest mi z natury obca. W biegu na 100m i rzutem szpadlem zdobyłbym tego wieczoru olimpijskie złoto. Nic to, samochód okazał się szybszy. Dopiero interwencyjny telefon do korporacji pozwoliły namierzyć pana i szczęśliwie dotrzeć na miejsce.

Pawian

Obiecywałem o Britisz Mjuzejum. Otóż, psze państwa to jest swołocz i granda jakaś. Pod płaszczykiem szacownej instytucji naukowej wciskają ludziom kit i ciemnotę. No dobra, dinozaura robią wrażenie, szczególnie jeżeli ignorować hasające pomiędzy szczenięta ludzkie. W ogóle z powszechną dostępnością muzeów należało by trochę się powstrzymać, bo jak potem wytłumaczyć publice że trzylatek rozmemłał triceratopsa?

Wystawy szły jedna za drugą, masa radości, aż przeszliśmy do sekcji dziecięcej. Można tam było dowiedzieć się serii ciekawych rzeczy, pobawić złudzeniami optycznymi i masą innego tałatajstwa. Jednego im jednak nie wybaczę.

Przy eksponacie tłumaczącym trzy mechanizmy uczenia, należało wykonać trzy kolejne czynności - pierwszą było zgadywanie, które to poszło bez problemów. Szympansy też się tak uczą. Drugie naśladownictwo, które też dało radę, i gdzie dowiadujemy się, że szympansy to też ponoć wykorzystują. Trzecia polegała na przetworzeniu zdania, podejrzewam że szympansy tego nie potrafią, acz nie mam pewności, gdyż maszyna była zepsuta i tej opcji nie pozwalała rozwiązać. Człowiek gotów pomyśleć, że dorównuje poziomem szympansowi i nie więcej! Bezczel po prostu.

Poirytowany mocno tym faktem zawiodłem srodze na kilku innych urządzeniach które wymagały poziomu umiejętności sześciolatka, acz wierzę, że to wszystko przez fakt iż jestem zbyt sprytny. I tak będę powtarzał.

Czarę goryczy przelał niejaki Darwin i jego pierwszy ssak. No ja proszę, od szympansów i sześciolatków, to jeszcze zdzierżyłem, ale jak mi ktoś w drzewo genealogiczne usiłuje napchać jakichś myszy, to nie zniese. Jeszcze żeby szacowny goryl, czy inny małp, to zrozumiem. Ale mysz? Kuna? Nawet zabawa z pająkami nie mogła mnie już przekonać do dłuższego pobytu. Z resztą po sześciu godzinach zwiedzania miałem letko dosć.

A teraz pointa, coś co uspokaja w samolotach, dzięki czemu tylko okazjonalnie muszę medytować:

Livin' large (in small places)

London, London. Czasami zdarza się, iż migruje mnie na trochę do Londynu. Układ jest czysto zawodowy, więc zwykle odbywa się w układzie samolot-hotel-praca-hotel-samolot. Acz nie tym razem.

Cała sprawa szła ładnie aż do piątku, gdy zakończyła się cześć służbowa, a zaczęła prywatna. Niewinnie i szybko mieliśmy z bagażami przenieść się do najętego na weekend pokoju i wrócić na zorganizowaną imprezę. Całą akcje przeprowadzałem z towarzyszka Kano, z którą mamy dość sporą historię wpadek podróżniczych, ocierających się z lekka o komedię pomyłek.

Tak i tym razem, targając tony bagażu udaliśmy się metrem w trasę. Opuściliśmy docelową stację, bez chwili wahania skręcili w złą stronę i poczęli niepotrzebnie okrążać dworzec. Tam też pewien uczynny człowiek pokierował nas w dobrą stronę, acz nie z nami te numery - docierając do właściwej drogi stanowczo odwróciliśmy się plecami do celu i zaczęliśmy pędzić.

Po jakichś 40 minutach forsownego marszu skonstatowaliśmy, że jednak udało nam się opuścić dzielnicę w której znajduje się nasz hostel i czas chyba na desperę w postaci taksówki. Pan kierowca był bardzo miły, gdyż mimo iż nie znaliśmy adresu ani nazwy hostelu, udało mu się go mniej-więcej znaleźć i podwieźć pod same drzwi, prosto w kałużę.

Tu druga niespodzianka... hostel. Tak, uroczy przybytek prowadzony przez bandę młodych ludzi o dość liberalnym podejściu do życia, standardów, przepisów BHP i innych reguł które skostniałe społeczeństwo narzuca młodym przedsiębiorcom.

Spałem w różnych miejscach, ale pokój 2 metry na 2 metry, gdzie postawione na sobie trzy łóżka czynią nocleg wywarł na mnie wrażenie. Na szczęście nie ma w nim żadnych innych sprzętów, gdyż najpewniej nie dałoby się wtedy otworzyć drzwi, a tak zablokowane jest jedynie okno. Reszta trzyma z resztą podobny standard, prysznice na przykład utrzymują stabilną temperaturę wody w okolicy 4C (wiadomo nie od dziś, że wody jest wtedy najwięcej!), a kuchnie ktoś zamknął w piwnicy i chyba strasznie męczy.

Udało się nam jakoś ogarnąć sprawę, dzięki wprowadzeniu jasnych zasad, jak np. poruszanie się tylko w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Tak czy inaczej trasa szacowana na 40 minut, zajęła dwie i pół godziny. Impreza za to z planowanych dwóch godzin przeciągnęła się do poranka, kiedy to jakiś miły pan nielegalną taksówką zawiózł nasze dogorywające zwłoki z West Endu w okolice hostelu, którego nazwy znów nie byliśmy w stanie podać. Mam niejasne wrażenie przepicia absolutnie porażających ilości funtów. Za to cały czas* bawiłem się świetnie...

Jutro o bandzie cfaniaków, którzy pod pozorem prowadzenia muzeum obrażają ludzi.

*"Cały czas" zakładając zastosowanie metod szacowanego statystycznego, otóż zakładam ze jeżeli wszystkie obserwacje zapamiętane z wieczoru są pozytywne, to okresy pomiędzy nimi, których nie pamiętam (jako że nie były ważne) także musiały być przyjemne.

Exaudi vocem meam

Zdarzają się takie chwile w życiu człowieka, iż potrzebuje odwołać się do siły wyższej. Sprawa jest stosunkowa prosta dla białych, heteroseksualnych chrześcijan, w pozostałych konfiguracjach sprawa może robić się już trochę trudniejsza.

Osobiście waham się pomiędzy dopuszczeniem możliwości istnienia cichego chichotu siły wyższej po zabiciu mi po raz drugi pralki, a przekonaniem iż jestem po prostu człowiekiem, któremu często psuje się pralka*

Niestety większość głównych systemów religijnych** oferuje masę atrakcji, acz o nadspodziewanie ograniczonym repertuarze. Weźmy taka gałąź Abrahamową, która w zależności od wersji oferuje akceptacje dla osobników żyjących w celibacie (i unikających pietruszki we wtorki!), po ekstremistyczne odłamy sugerujące wieszanie, palenie i kamienowanie. Niestety, nie kwalifikują się.

Krótka paniczna myśl na wschód i sprawy maja się nieco lepiej... od hinduizmu, przez buddyzm i okolice stosunek do mniejszościowych upodobań jest lżejszy, acz raczej niechętny, okazjonalnie sugerując obcinanie mniej istotnych części ciała. Konfucjanizm tez słabo się przyda, bo o ile nie zajmuje się tak nieistotnymi sprawami jak obcowanie cielesne, to nie definiuje też za bardzo siły wyższej.

New Age, może i jest kuszące, ale to trochę jak fast-food religii. Zbawienie tak, fajna sprawa, ale ten cały bajzel z postami to już nie. Za to poczucie wyższości i fikuśne wisiorki jak najbardziej. Pogaństwo, mało spójne i brakuje wydumanej podbudowy pozwalającej na jakieś pogodzenie sprawy ze współczesną nauką. Trudna sprawa.

Okazuje się, iż znalezienie sobie opiekuńczej siły wyższej gdy człowiek siedzi w trzęsącej się metalowej puszce, która tylko dzięki nadużywaniu fizyki i sporemu uporowi brnie przez nieboskłon nie jest wcale łatwe. Argh, jak ja nie znoszę latać...

* ok, tak serio to ja WIEM, że franca jest obdarzona własną, złośliwą wolą.
** jeżeli ktokolwiek czuje, iż jego uczucia religijne zostały urażone w tej notce - akceptuję fakt iż jest wybiórcza, selektywna i stronnicza, zupełnie jak niżej podpisany. Co więcej uważam, że obrażanie się o takie rzeczy raczej przyprawia gębę wyznawanym poglądom, niż cokolwiek udowadnia, wiec dajmy sobie siana z bezcelową polemiką.

Droga...

Dobra, uprzedzam z góry, że mogę trochę smęcić, bądź też pisać trochę na serio, co nie zdarza się jakoś szczególnie często. Takoż, proszę przygotować sobie chusteczki, alkohol, bądź tez absztyfikanta. W stosunku ceny do jakości sugeruję alkohol.

Otóż, gdyby kiedykolwiek w życiu zdarzyło się wam iż ktoś zaprosi was na marsze, drogę, pielgrzymki, czy inne deptanie w dystansie ponad dwutygodniowym, to pluńcie bestii w twarz i ucieknijcie. Serio, to uzależnia i robi dziury w mózgu.

Są plusy, jak najbardziej. Deptanie sobie to taka forma medytacji, pozwala załapać dystans, ogarnąć się i stwierdzić, iż codzienny poziom problemów jest błahy, bo serio, fakt że ktoś nie podpisał papierka na czas, w porównaniu z boli mnie stopa i nie mam gdzie spać - blednie.

A z minusów, to człowiek robi się monotematyczny i tendencyjnie wraca do tego samego, w zestaw wpada też święty ogień w oczach, kruszyny fanatyzmu i skłonność do szwendania się. Przyznam, że odkąd siedzę w Krakowiu prawie rok maszeruję absolutnie wszędzie. Nie zdarzyło mi się jeszcze usiedzieć niedzieli w mieszkaniu, jechać tramwajem do M1 (będzie cos pod 7km). I to nie daje rady na dłużej niż parę dni...

Generalnie wszystko jest ok do około roku, acz potem zakrada się pogłębiająca się skłonność do teleportacji (konia z rzędem, bądź sam rząd bom ze siwkiem oswojon, temu kto dotrzyma mi kroku w średnim dystansie :)), łazikowanie i ogólne szwędactwo. I brak spokoju, dystansu... jasne, wylewność nigdy nie była moją mocną stroną, może za wyjątkiem wylewania nie-za-kołnierz, acz potrzebowałbym się oderwać od tego całego bajzlu, się nerwowy robię ostatnio.

Dopsz, skończmy juz bredzić, generalnie nie jest źle. Tak w ogóle, to kręci się branżowa siatkówka ostatnimi czasy, jakby kto zainteresowany był, to pisać :)

Podleśniki frywolne z martfym zwierzęciem.

Otóż i obiecywany od czasu jakiegoś przepis na podleśniki frywolne z martfym zwierzęciem. Teraz słowem ostrzeżenia, iż jeżeli ktokolwiek spróbuje zasugerować, jakoby przepis był plagiatem enchilady, czy innego burrito, to witki utrącę przy samych rzęsach. Wyjaśniwszy tą kwestię zapraszamy do przepisu.

Rage on.

Dzisiaj będzie bardzo muzycznie, gdyż zwyczajnie leceu na ryj, a i mi się jakoś poskładały rano teledyski w sekwencję... generalnie dzień zaczynał się w nastroju lekko wojennym:


By przez większośc swego czasu przypominać regularną batalię...



Acz skończył się mniej więcej tak:


Pół nocy, kawałek poranka i pół dnia zbroiłem się w modele stochastyczne, kwantyfikowałem pracownikoprojektogodziny, wróżyłem z numerków i kocich wątpi, by ponad wszelką wątpliwość dowieść iż nie jestem wielbłądem, paprotką, ni też małą pomarańczową piłeczką. Udało się, pierwsza batalia wygrana, generalnie na każdym froncie. Jest szansa, ze się to wszystko wyprostuje i będzie w miarę sterownie. I może nawet zacznę sypiać więcej niż chwilę, albo jeść częściej niż przeciętna żmija...

A, w archwia pwrzucałem deczko wspominek z Camino (lipiec/sierpień 2008)

Zen, k****, zen.

Otóż, mes cheurs, są takie dni, gdy szalenie ważna jest precyzja. Precyzja niestety, z natury rzeczy gryzie się z emocjami. Jeżeli zdarzy się nam tak, iż mamy ochotę pacnąć komuś młotkiem w czółko, to nie należy tego robić tocząc pianę z pyska i w szale, tylko spokojnie, statecznie i wyważenie. Pomaga jeżeli pobiegać, zagryźć jakąś wiewiórką. Ponoć kąpiele w krwi niewinnych też uspokajają, acz niestety nie znam bliżej żadnych niewinnych, takoż szanse na weryfikacje tych pogłosek są dość marne.

Nie mniej, nie więcej - nie czerpię już satysfakcji z bieżącej sytuacji zawodowej. Można powiedzieć, iż obmierzła mi ona i pragnę podjąć nowe wyzwania. Poza strukturami macierzystymi organizacji. Najchętniej od jutra, za ciężkie pieniądze. Preferencyjnie w roli dekoracji biurowej, rolety, bądź też okolicznego kaktusa. By nie marudzić przydługo, puśćmy kawałek muzyki, ot na ten przykład to, z koniem:


A tak w ogóle, to nie wypada się nie pochwalić, że dokonałem najambitniejszego podrywu w swej karierze. Nie żeby udanego, acz zawsze coś... otóż pewien młody ludzik w pewnym sklepie wpadł mi w oko tak, że załzawiłem. Jako że sprawa zdarza się raz na dekadę, średnio rzecz ujmując - zarzuciłem go numerem telefonu i szarmanckim tekstem przy wydawaniu drobnych. Oczywiście rozważałem subtelniejsze rozwiązania, jak owinięcie się tęczową flagą i zorganizowanie małej parady, acz nie czarujmy się - stojąc przy kasie trudno zorganizować naprędce imprezę masową. Zdębiał, zająkał i siedzi cicho (zupełnie niesłusznie, moim skromnym zdaniem).

A, w następnej rundzie będzie kulinarnie, o naleśnikach meksykańskich, bo już jakiś czas dłużnym ten przepis. Tak więc patelnie szykuj, bo rzecz ponoć warta grzechu.

Palcem na wodzie

Otóż, nastał nowy rok. Trudno rozwodzić się nad faktem, czemu akurat teraz a nie w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody; niech będzie że pośród śniegu, w zimnie i błocie też jest fajnie. Czy cośtam...

Siłą rzeczy zmiana cyferki numerującej kolejny Anno, niestety, Domini jest świetną okazją by powziąć postanowienia. By nie być gorszym też postanowiłem coś postanowić i dołączyć do stada oszukujących się ludzików. Otóż, oto co postanawiam: zostaję abstynentem.

...

No, skoro już sobie pożartowaliśmy, to do rzeczy. Planuję nie mniej, nie więcej nie zmieniać niczego szczególnego. Będzie pewnie letko mniej sympatycznie, acz to już tendencja stała; będzie też pewnie nieco bardziej frywolnie tu i ówdzie, acz to też nie nowina. Uporczywie będę się starał skończyć studia i następnie wyemigrować, acz to już prawie dekada, jak plan ten realizuję. Ach, i byłbym zapomniał, dalej będę się starał zostać bezwysiłkowo bogaty - w tym roku wierzymy w złote samorodki kwitnące pod kaloryferem. A nuż zadziała...

...i plan na najbliższe dwa lata: Camino Mozarabe, czyli 1100 km piechotą. Bo jak sobie nie pohasam, to tracę poczytalność. I na dobranoc:


PS. A, i tak jeszcze w ogóle, to szermierka. Szermierka jest planem na ten rok, wraz z podstawami Węgierskiego (podejście drugie). Bo tak.