Czternaście mgnień zimy

Nie będzie noworocznych podsumowań. Przynajmniej na chwilę obecną, a to dlatego, że nie do końca mi się chce, a i też niewiele radosnych punktów znalazło by się w programie. Nie ma to rzecz jasna żadnego związku ze słabawym finiszem tego roku, tylko z faktem, że jest ZIMA. Nie ma słońca, jest śnieg, to i też nie widzę powodu dla którego miałbym epatować szczęściem. Większe szanse na podsumowania w okolicy czerwca.

Z inkszych nowinek, to Duńczyk którego miałem nocować okazał się być parę Belgów, nie umniejsza to faktu, że było całkiem sympatycznie. Pewnie nie będę zbyt często działał w całym tym CouchSurfingu, jakoś bandy obcokrajowców pętające się po mieszkaniu nie nęcą mnie szczególnie, acz okazjonalnie kogoś się pewnie przygarnie.

...a, i w międzyczasie padła pralka. Niestety przykładanie napięcia nie pomogło, na usta-usta jakoś nie miałem wizji, a usta-wirnik to zabawa nie w moim stylu. Na przyszły wtorek zaplanowałem mała ceremonię wskrzeszenną, jeżeli się uda, to powstanie pierwsza pralka-zombie. Mam nadzieję, że nie będzie przez to żreć większej ilości skarpetek niż zazwyczaj.

Z ostatnich punktów programu - pojawiły się plany na Sylwestra. Nie wiem, czy to dobrze, bo bestii nie lubię (zima, śnieg, etc.), acz z drugiej strony pewnie będzie fajno biorąc pod uwagę gdzie i z kim. Tyle.

Ofczy pęd.

Drożdże moje... wpisując sie w wielowiekową tradycję owczego pędu, na fali wszechogarniającej cukierkowej miłości - wesołych, nawet jeżeli pomyślimy o sobie wzajem tylko jeden raz w roku, to chyba warto. By nie przynudzać zbytnio, piosenka świąteczna, warto zwrócic uwagę na elfy. Z resztą, elfy same ją na siebie zwracają (mogę takiego na święta?):



A tak w ogóle, to święta w rozjazdach, trzy wieczerze jednego wieczoru sprawiają, iż niedługo stanę się idealnym materiałem na foie gras. Trzeba się będzie znów przykuć do bieżni, przerzucić na żywienie tekturą i inne takie.

Wino, kobiety i śpiew

No dobrze, zgodnie z powyższym - śpiewam słabo, kobiety mi nie po drodze, zostaje wino. Korzystając z pewnej ilości wyżej wymienionego opublikuję deczko. Otóż clue przesłania będzie, że ZAPALIŁBYM. Zapaliłbym tak bardzo, że aż niewinne zwierzę na pobliskim wzgórzu. Choć; z dwojga złego mógłby to być papieros.

Jako trzymiesięczny abstynent informuję, że istnieje ilość stresu, letko podmyta winem która powoduje pragnienia... Bardzo.

Master plan.

Poziom usatysfakcjonowania z życia mam chwilowo zbliżony do glonojada, niestety bez przygotowania psychicznego niezbędnego do czerpania satysfakcji z żucia mułu. To się nazywa, że nie bawię się dobrze. I mam tu na myśli sytuację tylko i wyłącznie zawodową, bo życie prywatne postanowiłem na trochę zwiesić. Niech się przewietrzy.

Zatem - wedle wszelkich mierzalnych wskaźników (acz nie ma ich wiele, z czym mi dobrze) od czasu kiedy zacząłem swoją przygodę na bieżącym stanowsiku roboty jest jakby dwa razy więcej. Mnie wcale nie ma za to więcej, a wręcz jakby 20 kilo mniej. To drugie jest skądinąd celowym działaniem.

To prowadzi do serii pretensji dlaczego nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik, a także oburzenia że siedzę po godzinach. W czynie społecznym, tak na marginesie. Jest aż tak fajnie, że właśnie postanowiłem sobie zrobić krótka przerwę w połowie mniej więcej drugiej zmiany i napisać co o tym myślę. A myślę same złe rzeczy. Mam zatem plan!

Otóż - rzucę robotę, dzięki czemu zacznę przymierać głodem. To z kolei sprawi iż będę smukły i atrakcyjny. Dzięki czemu będę mógł zacząć się sprzedawać, co pozwoli mi prowadzić (od pewnego momentu) luksusowy, a i poniekąd dość aktywny tryb życia. To się może udać...

Ciasteczkowy potwór i historie frywolne

Ok, to będzie absolutnie ostatnia notatka kulinarna w tej serii. Nie celowałem oryginalnie w niszę dla gospodyń domowych i celować w nią nie zamierzam, przynajmniej póki gospodynią domową nie zostanę. A że genotyp mam (mimo wszystko) nieodpowiedni, przeto rychło bym nie wróżył. Ale do rzeczy - ciasteczka bojowe, na które przepis tutaj.

Pierogi. Tak TE pierogi

OK, podramatyzowaliśmy trochę, teraz czas się ogarnąć i złośliwie iść dalej. Miałem pisać o pierogach, przepis poniżej. Zaznaczam, że jest spora szansa, iż nie można ich stosować podczas wojny i zbliżonych działań, gdyż są zagraniem mocno niesportowym. W podbojach miłosnych jest to ciężka artyleria. Zatem sztrachecle w dłoń i do ataku. Przepis tutaj

Nadmorskich ogrodów ściemniały już nieba.

Ech, bo mię panie życie w ręcach chwilowo wybuchło. Z tej okazji raczej nie będzie dziś radości, nie będę też podawał na to jak się gotuje pierogi z kandyzowanymi truskawkami.

Cóż było... impreza była. Jak dotąd chyba najbardziej udana Anty-wigilia jaką kojarzę. Przeszło 25 dań, prawie 25 osoób i szał konsumpcji. Nie do przeoczenia była też dość znacząca ilość wina pałętająca się po okolicy.

Wino o tyle znamiennie iż poddałem wszelkie próby wyczyszczenia dywanu i po prostu bestię usunąłem. Ja jednak nie o tym...

Otóż podbudowany ilością wina, która zatopiła by Bismarcka zarzuciłem kawałkiem szczerości, a potem to już...



PS. Jak kiedyś znajdę pania Chemię, to przykuję francę do kaloryfera i będę chłostał zimną pietruszką. Zasłużyła.

Trzetrzemiele

Nie wiem co to są trzetrzemiele, ale na pewno mają spore zęby. Pewnie uszy też. Ale ja nie o tym... zbliża się Anty-wigilia, czyli doroczna impreza którą uważam za swoją. Tak, okazjonalnie gotuję i karmię ludzi, natomiast w okolicach grudnia staram się zrobić całą sprawę bardziej.

Ścigam sie lekko z czasem, takoż dzisiaj za wiele nie napisze... tegoroczna oprawa zamyka sie w 25 daniach, przepis na jedno z nich poniżej. Danie owo nosi roboczy tytuł Kartofle po Bawarsku i nauczyłem sie go mieszkając w Słowenii od pewnej radosnej Niemki. Przepis tutaj.

To ja poproszę tego wikinga...

Mam ewidentnie taki talent, co by wysyłać puste wiadomości, publikować puste notki, etc. Możnaby pomyśleć, jakoby pustym był... Bah, któż to wie, może i, acz prznajmniej się głos fajnie niesie.

Otóż byłem ja zacz w Norwgii. Wyjazd całkiem przyjemny i udany, jeden z tych które planuje się w piętnaście minut i jedzie niewiele później. Kraj co prawda nie jest pełen wikingów, acz to szczęsliwie bo ludzi ponad mój wzrost generalnie się boję i mało lubię.

Muzeów nazwiedzalim, pooglądalim różne strony i wrócilim. Ach, Krzyk Muncha jest niczy, bohomazem wręcz przy portecie Przybyszewskiej jego pędzla. Aż mię sercę lżej zadrgało na widok.

Fobia drogi powrotnej była łagodzona łiskaczem, dzięki czemu nawet przy lądowaniu było całkiem fajnie. Wręcz imprezowo.

A poza tym... anti-anti. Szykuje się doroczna antywilija a ja się zastanawiam jak przybić choinke do sufitu co by się dobrze trzymała, a przy tym zdążyć nagotować tych wszystkich specjałów co zaplanowałem. Anyway, notka w biegu, zobaczym co dalej.