Tofi-li-dżons.

Wiele można o prababci powiedzieć, acz na pewno nie byłą ona pielgrzymem. Porada poniższa będzie przeto bieżąca, niepoparta żadnym autorytetem poza dość wątłym skromnie podpisanego.

Otóż, najlepszy pielgrzymi sposób na kłopoty - rozchodzić. Zakwasy, pokąsanie przez owce, skręcona kostka, pragnienie, czy otwarte złamanie - wszystko da się rozchodzić. Ok, o tym ostatnim tylko słyszałem.

Tak czy inaczej dzisiejszego wieczoru wzięło i zaatakowało mnie życie prywatne; bardzo miłe skądinąd, acz generujące sporą potrzebę przemyśleń... Całość skończyła się w sumie pląsaniem w deszczu po okolicach Kazimierza, kłótniami z Panem Be*, napadowym gestykulowaniem i cichymi monologami. Teraz po dokumentnym przemoczeniu się pozostaje potrzeć się jakąś świnią i zdechnąć w świetle jupiterów. Go me!

A, i d(r)eszczowy kawałek:


---
*Uroczy staruszek znany z potopów, podpaleń, obracania ludzi w chlorek sodu i incydentalne synobójstwo. Ma skłonności do despotyzmu, acz hojnie wynagradza popleczników.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz