Posen...

Się było, się maszerowało. W tym roku bardzo pozytywnie, mało panów o aerodynamicznym uczesaniu, policja zasadniczo chodziła luzem, miast kordonem, a i państwo na chodnikach jacyś przychylni byli.

Nieczęsto zwraca się uwagę na inny aspekt marszu... pamiętam swój pierwszy, zdenerwowanie i papierosy przed, szał adrenaliny w trakcie (poniekąd związany z młodzieżą pełną narodowo-krześcijańskich wartości) i to radosne uczucie tuż po. Chyba już zawsze częścią marszu będzie dla mnie manifestacja nie tylko "w sprawie", ale też manifestacja pogodzenia się ze sobą, nie chowania się po szafach, meblościankach i pawlaczach.

Nawet wtedy, jeszcze przed długimi i krótkimi rozmowami z większością otoczenia powiedzenie sobie "a co tam, nich patrzą" było decyzją niosącą smak hm... wolności? Nawet jeżeli jest to wolność otoczona kordonem policji.

Z innych wydarzeń, to się otarłem o warsztaty migania. Prześwietna sprawa - można kłamać bez ruszania ustami, a to już lepiej niż niejeden prawnik! Oczywiście obowiązkowym zdaniem które należało opanować było "idziemy na wódkę"... Dobra, bredzę, acz to przez próbę dokonania karoshi chyba.

A, i Vox Dei, czyli pan w chórku:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz