Hidori-san, skąd tu ryby?

Cały weekend prowadziłem się dobrze. Lekko. Łatwo. I przyjemnie. Serio, w dziesięciostopniowej skali pijaństwa zaliczyłem mocne sześćdziesiąt dwa punkty.

Ekstrapolując z fragmentów wieczoru, które zapamiętałem, to zabawa była iście szampańska. Mam nawet jakieś krawędziowe wspomnienia prowadzenia partnerki w salsie, dość frywolnie poniekąd, acz ponoć widowiskowo. Oczywiście w międzyczasie konwersowałem radośnie, potrafiąc co jakiś czas pochwycić szklanice, godnie upić nieco trunku i z gracją rzeczoną szklanicę odstawić. Mniej więcej pół metra od stołu. I tak trzy razy.

Sprawa miała swoje konsekwencje dnia następnego, podczas kolejnej imprezy, która zakończyła się nieco bardziej niespokojnie niż planowano. Całość pominę milczeniem, bo ja się zawsze robię łatw... ym... przystępny po winie i jedynie szczątkowy kręgosłup moralny powstrzymał mnie przed nadszarpnięciem własnej czci.

Tak czy inaczej, przerzucam się na kiełki, źródlaną wodę i życie pełne kontemplacji i spokoju.

2 komentarze:

  1. kiełki, źródlaną wodę? chcesz umrzeć za życia? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, każdy jakoś radzi sobie z poimprezowym zmieszaniem. Moim sposobem jest nieszczere poprzysięganie wstrzemięźliwości ;)

    OdpowiedzUsuń