Nic nie mogło być inaczej.

OK. Teraz będę marudził. Zaznaczam, że w temacie nie mam wprawy ani polotu, a po 30 sekundach włącza mi się autoironia, co zdecydowanie psuje dramatyczny efekt. Jak wspominałem w poprzedniej notatce - sufit runął nam na głowy. Mało tego - wciąż schnie, z musu przy otwartych oknach, więc warunki lokalowe pozostawiają ODROBINĘ do życzenia. Nic to, taka fajna, przewiewna lepianka.

Acz ja nie o tym. Nielicznym znana jest w szczegółach zwiła i pełna rozlicznych przygód ośmioletnia przygoda akademicka, w którą się ongiś uwikłałem. Powiedzmy iż wpadanie z dzikim wzrokiem na niewłasciwy egzamin, zaliczanie innego i odkręcanie powstałego zamieszania zdarzyło się więcej niż raz. Koniec końców zmotywowany solidnie zabrałem się niedawno za zamykanie tego rozdziału życiorysu ze spektakularnymi jak dotąd efektami. Jak dotąd.

Pomijając fakt iż w przeciągu ostatnich miesięcy wymusiłem, bądź wyjęczałem wszystkie zaległe podpisy ("Dzień dobry, Pan mnie pewnie już nie pamięta, ale trzy lata temu zdałem u Pana egzamin, tylko wpisu nie wziąłem."), kończę pracę, znam się przelotowo z większością dziekanatu ("Ja pana kojarzę, pan tu kiedyś studiował, prawda? - Wciąż studiuję.") dzisiaj musiałem pójść na Alma Mater i sromotnie przegrać.

Otóż będę studiował! Tak, zapisuję się na semestr celem zaliczenia Różnic Programowych. Ku chwale swej edukacji jestem w stanie zaliczyć wszystko, czy się rusza czy nie, ale dlaczego - baszsameg - to musi być w przyszłym roku?!

Dobra, gwoli wyjaśnienia - wyobraźmy sobie domino. W przyszłą wiosnę będę studiował, ergo - chodził na wykłady. Nie mogę zatem jechać na Camino Mozarabe (urocza wędrówka 1300km), które to jest istotnym składnikiem utrzymania dość nadwątlonej poczytalności. Dla dobra pospołu powinienem tam jechać, więc kolejny termin podczas którego nie zdechnę z pragnienia na pustyni to jesień. Co tak jakby koliduje z planem prze prowadzenia się w sierpniu do Australii. Biorąc pod uwagę zabawę wizową, zwyczajowe jesienne szopki projekt Australia'10 wziął i poszedł się paść.

W tej sytuacji miłoby było wesprzeć się na jakimś solidnym i opiekuńczym ramieniu, acz niestety z ostatnim ramieniem jakoś niezbornie nam idzie, mimo zbliżającej się jesieni i perspektywy dość chłodnej pościeli (przypominam: Akcja Potop). To z resztą mogę spokojnie zaliczyć na poczet bycia beznadziejnym romantykiem. Absolutnie każdy romantyzm wychodzi mi beznadziejnie.

Cóż, w zaistniałych okolicznościach przyrody postanowiłem skończyć z tym wszystkim, ugotować 25 litrów lecza i się w nim utopić. Topić się będę przy następujących dźwiękach, rzecz jasna z klasą



Kurtyna złośliwe zapada.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz