...far.

Dopsz, to może na start i ukojenie nerwów coś miłego tak uchu, jak i oku:


OK, teraz i z tego miejsca pragnąłbym serdecznie podziękować starożytnym Sumeryjczykom. Bestie wzięły i ustanowiły sobie dwunastogodzinny dzień, z którym to kretyńskim zwyczajem borykamy się do dziś. Z tego miejsca wnioskuję o dodanie dodatkowych dwóch, bo zwyczajnie lecę na paszczę i już nie mogę.

W jakichś bliżej nie sprecyzowanych okolicznościach przyrody zacząłem hasać na salsę, co przy regularnych wizytach w innych obiektach sportowych, robienia za serwis komputerowy, walki z uczelnią i prozaicznej pracy na etat nie pozostawia wiele czasu, choćby na tak przyziemne czynności jak np. sen.

Skądinąd spanie jakoś nigdy mnie nie bawiło, szkoda czasu, acz organizm wydaje się mieć swój ogląd na sprawę i okazjonalnie się wyłącza. Próba uskakania w tym wszystkim lekcji szermierki jakoś mi się mniej widzi, acz łatwo się nie poddam. Zawsze chciałem móc machać jakąś uroczą batorówką, czy tez wygrażać wrażym jednostkom inną bronią białą.

A z innych inszości, to ja chyba będę musiał jakieś chłodne okłady na paluchy zakupić, bo w tym tempie okładania się młotkiem po wzmiankowanych szybko się skończą. Cóż ja na to poradzę, że mi się chuć znarowiła, zapałała i w ogóle nieusłuchana jest? Doszło chyba nawet do tego, że chyba zacząłem się narzucać, czego okropecznie nie lubię i mam lekkiego moralnego. Cóż, trzeba się będzie ogarnąć i przemedytować trochę, zwykle się udawało.

Nic nie mogło być inaczej.

OK. Teraz będę marudził. Zaznaczam, że w temacie nie mam wprawy ani polotu, a po 30 sekundach włącza mi się autoironia, co zdecydowanie psuje dramatyczny efekt. Jak wspominałem w poprzedniej notatce - sufit runął nam na głowy. Mało tego - wciąż schnie, z musu przy otwartych oknach, więc warunki lokalowe pozostawiają ODROBINĘ do życzenia. Nic to, taka fajna, przewiewna lepianka.

Acz ja nie o tym. Nielicznym znana jest w szczegółach zwiła i pełna rozlicznych przygód ośmioletnia przygoda akademicka, w którą się ongiś uwikłałem. Powiedzmy iż wpadanie z dzikim wzrokiem na niewłasciwy egzamin, zaliczanie innego i odkręcanie powstałego zamieszania zdarzyło się więcej niż raz. Koniec końców zmotywowany solidnie zabrałem się niedawno za zamykanie tego rozdziału życiorysu ze spektakularnymi jak dotąd efektami. Jak dotąd.

Pomijając fakt iż w przeciągu ostatnich miesięcy wymusiłem, bądź wyjęczałem wszystkie zaległe podpisy ("Dzień dobry, Pan mnie pewnie już nie pamięta, ale trzy lata temu zdałem u Pana egzamin, tylko wpisu nie wziąłem."), kończę pracę, znam się przelotowo z większością dziekanatu ("Ja pana kojarzę, pan tu kiedyś studiował, prawda? - Wciąż studiuję.") dzisiaj musiałem pójść na Alma Mater i sromotnie przegrać.

Otóż będę studiował! Tak, zapisuję się na semestr celem zaliczenia Różnic Programowych. Ku chwale swej edukacji jestem w stanie zaliczyć wszystko, czy się rusza czy nie, ale dlaczego - baszsameg - to musi być w przyszłym roku?!

Dobra, gwoli wyjaśnienia - wyobraźmy sobie domino. W przyszłą wiosnę będę studiował, ergo - chodził na wykłady. Nie mogę zatem jechać na Camino Mozarabe (urocza wędrówka 1300km), które to jest istotnym składnikiem utrzymania dość nadwątlonej poczytalności. Dla dobra pospołu powinienem tam jechać, więc kolejny termin podczas którego nie zdechnę z pragnienia na pustyni to jesień. Co tak jakby koliduje z planem prze prowadzenia się w sierpniu do Australii. Biorąc pod uwagę zabawę wizową, zwyczajowe jesienne szopki projekt Australia'10 wziął i poszedł się paść.

W tej sytuacji miłoby było wesprzeć się na jakimś solidnym i opiekuńczym ramieniu, acz niestety z ostatnim ramieniem jakoś niezbornie nam idzie, mimo zbliżającej się jesieni i perspektywy dość chłodnej pościeli (przypominam: Akcja Potop). To z resztą mogę spokojnie zaliczyć na poczet bycia beznadziejnym romantykiem. Absolutnie każdy romantyzm wychodzi mi beznadziejnie.

Cóż, w zaistniałych okolicznościach przyrody postanowiłem skończyć z tym wszystkim, ugotować 25 litrów lecza i się w nim utopić. Topić się będę przy następujących dźwiękach, rzecz jasna z klasą



Kurtyna złośliwe zapada.

Sny o dzikim suficie

Są takie chwile w życiu człowieka, że żałuje iż rzucił palenie. Nie chodzi ty bynajmniej o głód nikotynowy, czy prozaiczną chęć pomachania czymś dymiącym. Kwestia rozbija się o te magiczne momenty, gdy w dzikim szale pędzimy do mieszkania, w przedpokoju potykamy się o leżący frywolnie na podłodze sufit, tylko po to by zatrzymać się w strudze wody przelewającej się przez żyrandol.

Ha, to nie koniec, spokojnym statecznym krokiem przechodzimy do kuchni, by odkryć uroczy strumyczek wesoło pluskający z szafki na naczynia, czy też kaskadę radośnie rozbryzgującą się o szklanki...

...całości może dopełnić jeno widok własnej szafy stojącej w jeziorku, czy też komputera robiącego za ozdobę pokojowego bagna. To jest dokładnie ten moent, w którym człowiek ma ochotę wesprzeć się o jedną z nielicznych suchych ścian i zwyczajnie zapalić.

Cóż, sezon grzewczy pełną gębą. Sąsiad nad tak jakby zapomniał kaloryferów założyć, efektem czego całokształt zajmowanego lokalu mógłby spokojnie konkurować z pomniejszym parkiem krajobrazowym. Takim mokrym. Przypuszczam że wspomnienie ostatniego poranka będzie mnie jeszcze jakiś czas gonić, szczególnie montaż kaloryfera wśród strug całkiem ciepłej wody...

Na pociechę, podręcznik kulinarny (jest tego więcej):