Kamienny motyl

Dopsz, zatem krótko i treściwie - sposób dziewiąty: zabić, zakopać, zasadzić poziomki. Cuda działa. Nie dość że ofiara afektu zostanie na zawsze z nami, to jeszcze można się cieszyć owocami już od maja!

Dopsz, a do rzeczy - bredzę. Wziąłem i zachorowałem. Nawet na codzień kontakt z rzeczywistością mam nad wyraz słaby i raczej mało agnażujący, wiec już gdzieś od 36,9 zaczynają się wizje kamiennych motyli, halucynacje z jeżami i pokładanie się po kątach. Mógłbym teraz swobodnie pisać bajki o dusimyszach i bobrach kradnących czas... Mimo tego pójdę i stracę przytomność może.

No i oczywiście kawałek do umierania:

Cierpliwość skruszyła słonia

Teraz będzie dramatycznie i osobiście. Dzieci, niewiasty i osoby wrażliwe prosi się o nabranie stosownego dystansu do kwestii. Reszta pewnie sobie jakoś poradzi.

Warto mieć w życiu zasady. Byle nie za wiele, by przykładem niżej podpisanego - mając nie za wielki rozumek się przypadkiem nie pogubić. Tak, czy inaczej, jedną z nielicznych zasad przekazywanych w rodzinie przez pokolenia jest absolutny prymat rozumu nad emocjami. Pozwala to na w miarę spokojne, pełne godności życie aż do późnej starości. No,chyba ze emocje trzeba kiełznać, wtedy w grę wchodzi marskość wątroby i inne objawy towarzyszące, z naciskiem na zgon.

Abstrahując od całości; bywało iż emocje zagrały i mi się zmechaciły pałając jakimiś niereglamentowanymi żądzami w stronę różnych odległych heteryków. Jasne - mogliśmy razem z tym walczyć, ale nie chcieli...

Oczywiście miło było tak sobie popatrzeć z perspektywy na powolna dekompozycję zasad wypracowywanych przez lata. Paść się wtedy powoli idzie godność, konwenanse, czy inne klawesyny. Zarabiając zwykle na wino paluszkami prababciny sposób trzynasty raczej nie wchodził w grę, trzeba było zatem próbować dziewiątki...

A tak zupełnie poza tematem, ciekawy teledysk który kiedyś komuś tam pewnie:

Dziobak, dziobak, katapulta.

Wielu z nas niejednokrotnie przydarza się nieszczęście: miłość. Na wypadek, gdyby franca zalęgła się w domu - pomoże poniższy poradnik. Za annałami prababci: "Jak się odkochać, sposób XIV".

Składniki:
- kontrafekt absztyfikanta
- świece cztery, dowolne
- lubczyku drobinę
- świeży liść sałaty
- młotek

Wykonanie:
Pierwej, nim po pozostałe ingredencje sięgniemy należy ująć w dłoń liść sałaty, skupić się nieco i szybkim ruchem umieścić go pod wanną; tak by zjednać sobie przychylność demonów.

Poczyniwszy powyższe kładziemy kontrafekt na zaimprowizowanym ołtarzyku i świece zapalamy, sypiąc wokół dyskretnie lubczykiem. Gdy świece już płoną należy myśli uspokoić, wziąć dech głęboki i we wyobraźni przywołać obraz lubego, patrząc jednocześnie z miłością w obrazek.

Medytujemy tak nim świecy nie ujdzie jakieś pół palca, wyobrażając sobie oblubieńca w pozach miłych sercu i ciału. Osiągnąwszy stan lekkiej ekscytacji ujmujemy niepiśmienną dłonią młotek i unosimy za ramię. Dłoń drugą wyciągamy przed się, nie wyżej niż trzy centymetry na nad obiektem westchnień.

Następnie skupiwszy się mocno należy pierdolnąć rzeczonym młotkiem w dowolny palec unoszący się nad obrazem. Teraz możemy pojęczeć. Terapię należy powtarzać co dwa dni, do zaprzestania objawów miłości.

Do rzeczonego kawałka muzyka z podtekstem (pomijając propagandę, przewija się "czyńcie jak ja"):

Poziomki.

Hm, no deczko mi się krótkoterminowe plany poprzewracały, acz nie ma co marudzić - dla równowagi pewnie ktoś szarpnął gdzieś w totka. Na zdrowie. Dla podkreślenia nastroju - ciężka muzyka.


Tymczasem skupimy się na czymś, co Piotrusiowi wychodzi o wiele lepiej niż życie prywatne - gotowaniu. Jutro zejdzie się tłuszcza na mieszkanie wcinać różne ciekawostki, o których inną razą, a tymczasem przepis na jeden z jaśniejszych punktów programu: zupę soczewicową. Poradnik zaznaczam lekko dla opornych, bo zwykłem uczyć gotowania wysokogatunkowych kawalerów...

Przepis tutaj.

Smoking lettuce



Jeżeli ktoś mieszkający w linii prostej pomiędzy Krakowem a Ostrowcem został zaskoczony widokiem bardzo dużego samochodu z młodym człowiekiem pakującym w kolorowy papier porcelanę - mię widział. Miał być ślub, miało być wesele; pewnie byłoby wszystko fajnie, gdybym zaplanował jakoś ten wyjazd, a nie jak zawsze zdał się na entuzjazm, szczęście i nawiedzony GPS.

GPS algorytmem "najkrótsza trasa" wyznaczył coś w okolicy linii prostej i prowadził polnymi drogami. Ofiary niestety były, w postaci znerwicowanej trzody chlewnej, kilku rabatek i dwóch wesel, przez które się przebijaliśmy. Nie do przecenienia jest też fakt, iż udało nam się nie zdążyć do kościoła, acz jeno wbiec na końcówkę składania życzeń przy imprezie weselnej...

Szczęściem potem było już łatwiej, po odrobinie wina zamiataliśmy z taką jedną parkiet z lewa na prawo, niemal nie wpadając na ściany (poza może dwoma drobnymi wpadkami, acz to wszystko przez siły Coriolisa, które wraz z postępami nocy nabierały na sile przekonywania).

Teraz jeszcze tylko wymyślę jak odnająć pokój, tak żeby było ok, rzucę prace, znajdę prace i kończąc studia założę firmę. Będzie git.

Jeże w podprzestrzeni

Tak na start:



Miał być w sumie czarny koń na wiśniowym drzewie, acz osadzać się nie da, więc francuska bohema będzie musiała wystarczyć.

Jest takie chińskie przysłowie o ciekawych czasach.... jakoś nastały; z jednej strony planuję własne biznesy, z drugiej staram się jakoś ogarnąć rotację na mieszkaniu. W sumie za kilka tygodni będzie zupełnie nowy skład, co przy zbieraniu ludzi z przypadku wróży na prawdę ciepło.

Chwilowo prosiłbym zatem szanowną publiczność o poleżenie w dowolnej krzyżo-podobnej pozycji za przedarcie się przez najbliższą przyszłość, bo może być nieco bardziej wesoło, niż można by pragnąć.