Zielone szynszyle



Ha... rzeczywistość powoli wraca na swoje miejsce; przeznaczenie jeszcze się narowi, acz czasoprzestrzeń już powoli legnie, czego rzetelnym dowodem jest udana teleportacja z Kazimierza na Rynek (mina pędzącego dorożkarza, którego minąłem lekkim spacerem - bezcenna).

Jakoś tak z braku przewodniej myśli na notkę, poza motywowaną winem przyjemnością stukania w klawisze, popiszę o głupotach. Zatem - zaliczyłem niedoszłą nieudaną schadzkę. Jakoś tak się złożyło w okolicach soboty iż miałem przyhaczyć dwóch młodych ludzików, acz obu w jednym czasie i miejscu. Wychodziłem z serdeczną nadzieją że chłopaki się polubią, biorąc pod uwagę że względem żadnego szczególnie niecnych zamiarów nie mam...

Niestety, żaden nie dotarł, a ja wyszedłem z lokalnego branżowego przybytku z numerem telefonu do Kobiety! Pomijając fakt, że na prawdę fajnie się gadało i ufam iż jakoś się jeszcze trafimy, to całość zakrawa na lekką szyderę przeznaczenia względem skromnie podpisanego. Szczęściem mam poczucie humoru...

Pomarańczowa Kropeczka 38

Jakoś tak z braku lepszych rzeczy przyszło mi się postymulować w główkę skromnością. Rzecz cała wzięła się od weekendu - przefajnego i w ogóle. Działo się dość, acz starczy powiedzieć iż w którymś momencie zawiało mnie do LaFu.

Pomijając okazjonalne konwersacje z pewnym młodym bogiem - uwagę towarzystwa zwrócił pewien ludzik. Rówieśnik mniej więcej, który po starciu z produktem firmy Kärcher nie wyróżniałby się niczym szczególnym. Tak, czy inaczej człowieczek ów nie zważając reakcje otoczenia odstawiał gwiazdę wieczoru. Z oddaniem godnym co najmniej PCK.

I tu clue - jak to się robi, iż wbrew rzeczywistości, ignorując wszystkie oczywiste fakty można pląsać i wić się po parkiecie, trwać nieugięcie w przekonaniu o własnej doskonałości i przy tym jakoś tam funkcjonować? Nie wspomne o przyklejaniu się do mniej lub bardziej chętnych osobników, klejeniu się i czy zwyczajnym obnażaniu. Wpasowuje się to pewnie w cały sznur show od Idola, przez gwizdy na lodzie po Fakty, acz wciąż. No po prostu cud ewolucyjny.

Z kamerą...


Dzisiaj, w ramach szerszego zaprezentowania czym się zajmuję przedstawię szanownej publiczności swój zespół. Fotografia, na białym tle, po prawej.

Dokładnie! Zniknęli wszyscy! Biorąc pod uwagę, że powinno być nas jakieś siedem osób czyni sytuację nieco niekomfortową. Wszystko fajnie i teges, acz na osobę która z definicji przez większość religii traktowana jest chłodno (z wzajemnością, z resztą) trudno spodziewać się cudu. A wystarczyła by jakaś marna bilokacja na start.

Z młotkiem przez świat.

Miałem w sumie pisać o weselu, bo w tym tajemniczym zjawisku społecznym jakoś brałem udział, a będę jeszcze musiał ze dwa razy. Napisałbym, acz nic przyzwoitego nie przychodzi mi do głowy. Dość powiedzieć, ze brałem udział w oczepinach (zmian w konstytucji nie będzie) i śpiewałem.

Myślałem też, co by wspomnieć o imprezie na wsi, acz że "nie tak to sobie wyobrażałem", to może przemilczę ;).

Powstał za to plan kolejnej wyprawy. Znów Hiszpania i znów łazikowanie. Dla odmiany z południa na północ, jakieś z deczka 1100km. Oczywiście szefostwo się tylko zaśmiało na ten plan, mogę więc wierzyć, ze się uda. Trochę zastanawiam się, jak zniosę sześć tygodni w towarzystwie wybitnie własnym, hasając radośnie z całością dobytku na plecach, acz żeby się dowiedzieć trzeba będzie sprawdzić.