Nasniedogonjat...

Powiedzmy to sobie wprost - nienawidzę latać. Od momentu kiedy tylko smutna konserwa wtacza się na pas startowy, do radosnych chwil kiedy mogę ją opuścić. Tendencyjnie i za każdym razem wczepiam się kurczowo w siedzenie i staram stracić przytomność. Mogę tak dwie godziny. Powyżej dwóch godzin - sięgam po pomoc C2H5OH w dowolnej dostępnej postaci.

Nie mam pojęcia skąd się to bierze, acz błędnik robi mi ga-ga i chce z powrotem na ziemię. Z czasem fobia zaczęła się pogłębiać i o ile jakoś jeszcze zniosę spokojny lot po prostej, bez turbulencji, to paczemu każdy jeden cfaniak musi nad Krakowem wywijać piruety? No ja proszę...

Nic to, przeżyłem (tym razem). Sprint przez biuro, pochwalenie się kolejnymi sukcesami, sprint do domu i urocza, spokojna podróż bardzo naziemnym pociągiem. Teraz Śląsk... I łózko. Też na Ziemi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz