London callin'

Postanowiłem wrócić do tematu pisania bloga. Start był nieco słaby tym razem, jako że zwykle pisze i sie wywnętrzniam będąc nieszczęśliwym, a to (na całe szczęscie) zdarza mi się ostatnio nieczesto.

Bez przydługich wstępów - Londyn. Nie jakoś na stałe, jedynie w delegację wpadłem poopowiadać lokalnym o stabilnej gospodarce i kraju z perspektywami. Taki tam lekki atak dumy narodowej.

Poza tym pouśmiechałem się do pana na recepcji i dał mi taki pokój, że szczena opada. Mam szezlong w pokoju. Jest to chyba pierwszy szezlong jaki w życiu widziałem. Klima, plazma i cała reszta bledną przy tym.

To chyba tyle na teraz. Ponoć jadę za jakiś czas do Australii. Ponoć gdzieś po drodze mam wstąpić w związek małżeński z M., przy czym jej obecny facet, a mój wpółlokator, będzie druhną. Ślub postuluję kościelny. Tak, napiszemy o tym pewnie.

1 komentarz:

  1. Żeby nie było, że piszę zupełnie off-topic: szezlongu bardzo zazdroszczę. Ale nie narzekam, bo ostatnio mam fotel. Odebrałem synom, bo go używali jako składnicy na ubranie.

    Ale tak naprawdę to chciałem podziękować za włączenie mnie do blogrolla - widzę, że jesteś tolerancyjny i jakoś wytrzymujesz moją niegejowość.

    Podoba mi się tutaj szata graficzna. Nie wiem czemu wiele osób myli blogi z papugami - tak graficznie jak i tekstowo...

    OdpowiedzUsuń