Ciumkający kaloryfer.

Kilka tygodni temu widziałem karalucha. W kuchni. Cóż, bywa - umówiliśmy się, że on jest halucynacją, a ja nie będę po nim skakał. Poszliśmy w swoje strony. Jakoś tydzień temu pokazał się po raz drugi, naruszając tym samym zasady rozejmu. Hm... nie pamiętam jak się to stało, acz obudziłem się z młotkiem w ręku i bardzo płaskim karaluchem na podłodze. Taka tam alergia.

Niestety! Wczoraj w nocy halucynacje wróciły. Generalnie stoję przed wyborem - czy założyć, że to już delirium wynikłe z nadmiaru wina, czy też może to się dzieje na prawdę. Wygotowałem już praktycznie wszystko w kuchni, wyłączając tapetę. Po rekonesansie u sąsiadów, okazuje się, że oni halucynacje mają już od dawna... pomocy? Dużo zniesę, acz w mieszkaniu porządek poniżej sterylnego frustruje mnie znacznie...

3 komentarze:

  1. aaaaaaaaaaaaa...to pomimo ogromnej sympatii spotkamy się na mieście a nocować będę pewnie w innej części miasta...sorry ale po Indiach niczego tak nienawidzę jak karakanów... kiss! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, spoko - rozumiem. Donosze za to radośnie iż powoli udaje mi się batalie wygrywać. Nie jest łatwo, acz chyba towarzystwo połapało się, że tutaj nie ma co jeść, a młotki nisko latają...

    ...oczywiście jest też opcja, że nauczyły się mnie rozpoznawać. Mogę w sumie na to iść nawet - czego oczy nie widzą... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. relacja znajomej z Indii: nocowala w hotelu, gdy nagle uslyszala dziwny ni to szelest, ni to zgrzyt. Zaswiecila swiatlo a sciany uciekly i schowaly sie we wszystkich zakamarkach. Z krzykiem uciekla na portiernie, gdzie zaplacila portierowi zeby zabijal wszystko co ma wiecej niz z odnoza i zbliza sie do niej.

    /shounen

    OdpowiedzUsuń