Ciumkający kaloryfer.

Kilka tygodni temu widziałem karalucha. W kuchni. Cóż, bywa - umówiliśmy się, że on jest halucynacją, a ja nie będę po nim skakał. Poszliśmy w swoje strony. Jakoś tydzień temu pokazał się po raz drugi, naruszając tym samym zasady rozejmu. Hm... nie pamiętam jak się to stało, acz obudziłem się z młotkiem w ręku i bardzo płaskim karaluchem na podłodze. Taka tam alergia.

Niestety! Wczoraj w nocy halucynacje wróciły. Generalnie stoję przed wyborem - czy założyć, że to już delirium wynikłe z nadmiaru wina, czy też może to się dzieje na prawdę. Wygotowałem już praktycznie wszystko w kuchni, wyłączając tapetę. Po rekonesansie u sąsiadów, okazuje się, że oni halucynacje mają już od dawna... pomocy? Dużo zniesę, acz w mieszkaniu porządek poniżej sterylnego frustruje mnie znacznie...

Żegnając Klamkę

Nim przejdziemy do sedna, warto rozpocząć od:



Dzisiaj pożegnaliśmy klamkę. Była świadkiem wielu wzlotów i upadków, z naciskiem na te drugie. Zastąpić musieliśmy ja taką zwykłą, szarą, przyczepioną na stałe do drzwi. Nie będzie już więcej poranków spędzonych na poszukiwaniu zaginionej nagle klamki. Nigdy więcej nieprzewidzany gość nie stanie z przestrachem w oczach i klamką w dłoni... Ech, to była Klamka.

Poza tym kupa radości, staram się podnająć pokój w mieszkaniu, problem polega na tym, że mieszkanie jest drogie i z tych studenckich (dziury w podłodze, brak światła w niektórych pomieszczeniach, etc.). Ja to absolutnie uwielbiam, acz ewidentnie nie każdy ma tyle poczucia humoru... Trwają więc prace remontowo naprawcze, hydraulika powymieniana, podciągnąłem prąd do łazienki a niebawem i skończę łatać dziury w ścianach (szczególnie tą na linii przedpokój-łazienka). Słowem - budowa!

Nasniedogonjat...

Powiedzmy to sobie wprost - nienawidzę latać. Od momentu kiedy tylko smutna konserwa wtacza się na pas startowy, do radosnych chwil kiedy mogę ją opuścić. Tendencyjnie i za każdym razem wczepiam się kurczowo w siedzenie i staram stracić przytomność. Mogę tak dwie godziny. Powyżej dwóch godzin - sięgam po pomoc C2H5OH w dowolnej dostępnej postaci.

Nie mam pojęcia skąd się to bierze, acz błędnik robi mi ga-ga i chce z powrotem na ziemię. Z czasem fobia zaczęła się pogłębiać i o ile jakoś jeszcze zniosę spokojny lot po prostej, bez turbulencji, to paczemu każdy jeden cfaniak musi nad Krakowem wywijać piruety? No ja proszę...

Nic to, przeżyłem (tym razem). Sprint przez biuro, pochwalenie się kolejnymi sukcesami, sprint do domu i urocza, spokojna podróż bardzo naziemnym pociągiem. Teraz Śląsk... I łózko. Też na Ziemi.

Rzeżucha

Przyznam, że choć uwaga ta urąga przyzwoitości, to sie nie powstrzymam. Ślinianki zaraz mi wysiądą. Nie wiem skąd to się bierze, acz w Polszy fajnego chłopaka to widzę raz na miesiąc max, w Londynie trzech dziennie co najmniej. Nie wynika to bynajmniej z zamiłowania do jakichś niszowych narodowosci.

Pewnie nie pozwoliliby mi takiego zapakować w walizkę. Damn... miasto do życia jest trudne, bardzo zatłoczone. Z drugiej strony przy entej wizycie jest lekko domowo. Wydaje mi się jeno, że po przeprowadzce nie będę już mógł mieszkać w samosprzątającym się pokoju hotelowym.

London callin'

Postanowiłem wrócić do tematu pisania bloga. Start był nieco słaby tym razem, jako że zwykle pisze i sie wywnętrzniam będąc nieszczęśliwym, a to (na całe szczęscie) zdarza mi się ostatnio nieczesto.

Bez przydługich wstępów - Londyn. Nie jakoś na stałe, jedynie w delegację wpadłem poopowiadać lokalnym o stabilnej gospodarce i kraju z perspektywami. Taki tam lekki atak dumy narodowej.

Poza tym pouśmiechałem się do pana na recepcji i dał mi taki pokój, że szczena opada. Mam szezlong w pokoju. Jest to chyba pierwszy szezlong jaki w życiu widziałem. Klima, plazma i cała reszta bledną przy tym.

To chyba tyle na teraz. Ponoć jadę za jakiś czas do Australii. Ponoć gdzieś po drodze mam wstąpić w związek małżeński z M., przy czym jej obecny facet, a mój wpółlokator, będzie druhną. Ślub postuluję kościelny. Tak, napiszemy o tym pewnie.