Ta ostatnia niedziela...


Oj, to sie działo. Chyba najciekawszy weekend w tej połowie roku. Zaczęło się niewinnie, od "służbowego" pijaństwa w tramwaju. Ostatni tramwaj, który pamiętam miał dJ'a i maszynę do dymu, ale cóż. Jak się nie ma, co się lubi...

Sobotni poranek przywitał mnie z dziwnymi krwistymi plamami na odzieniu i zdecydowanym brakiem kaca. Cóż, jedna z niewiastek jakoś niefortunnie padła na twarz i sobie wybiła siekacza. I pół drugiego. I jeszcze fragment kła. Udało się ją pozbierać, dobry moment pocieszać tekstami z Kultu, ale w ogólnym rozrachunku to chyba niefart taki.

Gehenna i armageddon właściwy odbył się w sobotę wieczór. Motywem przewodnim imprezy była Alicja w Krainie Czarów, oraz Long Island Ice Tea. Git. Całą sobotę budowałem cylinder, ale efekt to wynagrodził, co widać na załączonym obrazku. Fajnie było i pięknie, koncerta, acz cóż poradzić - kapelusz domagał się widowni.

Tak zaczął się rajd przez Kazimierz, zakończony w Kiczu, gdzie wraz z gQ (przystrojonym różowym króliczym uchem) stanowiliśmy lokalną atrakcję. W Kiczu! To chyba trudno będzie przebić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz