De profundis clamavi.

Ten weekend był sportowy. I piszę to ja, który pod pojęcie sportu podciągał szachy, a piłką może sie co najwyżej zaciąć. Otóż w sobotnią noc umówiłem się na niedziele świt, iż jadę do Zakopca. I na giewont.

Góry postrzegam w kategorii tych rozrywek, które można substytuować wbijaniem sobie gwoździ w różne części ciała. Podobnież koncepcja piekła jako ognistej RÓWNINY jest z gruntu chybiona. Wspominałem już, że mam lęk wysokości?

Anyway, było bardzo pozytywnie - prawie zjechałem na zawał dyndając na łańcuchach metr od przepaści, na szycie postarzałem się o jakiś rok, za to w drodze w dół spider man mógłby się ode mnie uczyć (przylegania do ścian). Mimo wymęczenia, poruszania się dzisiaj z gracja emeryta, to jednak bawiłem się dobrze. I planuję to powtórzyć. No, może bez tych łańcuchów i przepaści.

1 komentarz:

  1. Wiesz, zawsze mozesz sie oswoic z lancuchami na terenach nizinnych (najlepiej sypialnia mieszkania na parterze, zeby nie bylo za wysoko), a jak juz wyrobisz w sobie pozytywne skojarzenia z lancuchami to i w gory bedzie wspinac sie razniej... chociaz bedziesz odstawal od sciany kilkanascie cm wiecej ;P

    /shounen

    Wiem ze komentuje wpis z poznego antyku... no dobra, moze wczesnego baroku, ale wole czytac od poczatku ;P

    OdpowiedzUsuń