Czwarty taniec: szynszyl

London callin'. Wyprzedarze, koszulka w różowe czaski i inne takie. Londyn zawsze już chyba będzie mi się kojarzył z tłumem. Mieszkać bym tu nie mógł - po trzecim tygodniu wziąłbym maczetę i począł trzebić marsz pingwinów na city. Serio, przewala się to z lewa na prawo, włazi pod nogi i podkurwia.

Choć... zdarzają się ładne ludziki. Choćby ten sympatycznie przyciemniany młodzian, który niestety wysiadł zbyt szybko. W ogóle odktywam u siebie słabość do ciemnych chłopców. Dziwne. Ostatnio leciałem głównie na jednego blondyna (ale za to z lewa, prawa i centralnie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz