De profundis clamavi.

Ten weekend był sportowy. I piszę to ja, który pod pojęcie sportu podciągał szachy, a piłką może sie co najwyżej zaciąć. Otóż w sobotnią noc umówiłem się na niedziele świt, iż jadę do Zakopca. I na giewont.

Góry postrzegam w kategorii tych rozrywek, które można substytuować wbijaniem sobie gwoździ w różne części ciała. Podobnież koncepcja piekła jako ognistej RÓWNINY jest z gruntu chybiona. Wspominałem już, że mam lęk wysokości?

Anyway, było bardzo pozytywnie - prawie zjechałem na zawał dyndając na łańcuchach metr od przepaści, na szycie postarzałem się o jakiś rok, za to w drodze w dół spider man mógłby się ode mnie uczyć (przylegania do ścian). Mimo wymęczenia, poruszania się dzisiaj z gracja emeryta, to jednak bawiłem się dobrze. I planuję to powtórzyć. No, może bez tych łańcuchów i przepaści.

PA-ta-FU

Oj, pobliski sklep zatrudnia nowego pana od warzyw. Obserwowałem go od kilki dni spośród pomarańczy. Wydaje się trochę hm... niedostępny i zauważalnie się peszy warząc ogórki. Szczególnie ważąc je trzeci dzień z rzędu.

Tak poza tym, to jest nieźle, powoli smukleję i łapię kondychę. Było nie było hasam dziennie osiem kilometrów, za to jadam słabo. Ze do tego zapierdol w pracy, to inna rzecz.

Jakiś tam kontakt z Arabiją się odnawia, resztę systematycznie wyciszam, dla ogólnego spokoju. Ogólnie - jest fajnie, momentami mechato.

PS. Mam mizerię na zbyciu. I sporo ogórków.

Kartonowa fantazja VI: zapuszkować słonia

Ten słoń to od kawałka, który przyświecał mi w Londynie:


Niby nie w moją stronę, ale "ain't no rest for the wicked" jakoś mnie chwyciło za krtań.

Poszukiwań nowego współmieszkacza niemal nie było - zdobyliśmy pewnego sympatycznego młodego człowieka. Politycznie też będzie ciekawie, bo nasz kochany mgmt w korporacji będzie nad tym zdrowo kombinował.

...a w weekend gotowanie. Będę rozkładał krzyżem bliższych i dalszych znajomych. Na wejście klasyka, czyli zupa cebulowa. Nie mam za to pomysłu na gwóźdź programu. Czy do trumny, czy cośtam...

Czwarty taniec: szynszyl

London callin'. Wyprzedarze, koszulka w różowe czaski i inne takie. Londyn zawsze już chyba będzie mi się kojarzył z tłumem. Mieszkać bym tu nie mógł - po trzecim tygodniu wziąłbym maczetę i począł trzebić marsz pingwinów na city. Serio, przewala się to z lewa na prawo, włazi pod nogi i podkurwia.

Choć... zdarzają się ładne ludziki. Choćby ten sympatycznie przyciemniany młodzian, który niestety wysiadł zbyt szybko. W ogóle odktywam u siebie słabość do ciemnych chłopców. Dziwne. Ostatnio leciałem głównie na jednego blondyna (ale za to z lewa, prawa i centralnie).

London callin'.

Jej, no to znów siedzę w Londku. Smutno trochę: jeden z bardziej atrakcyjnych project managerów odchodzi. Jasne, że pełna profecha, bo on raczej nie gra w tej lidze, ale i tak będę za nim tęsknił :).

Tak w ogóle, to rozbijanie się po hotelach za firmowe pieniądze jest fajne. Jasne - odstawiam swoją robotę, się staram, ale z drugiej strony... kosztowny chyba jestem :).

Anyway, chyba potrzebuję się upodlić.

Nuklearne chomiki

Dzisiaj w pracy masakra. A to wyszystko przez umiar i opanowanie. Otóż postanowiliśmy z gQ wyjść z tego weekendu łagodnie i bez zbędnych wahań mikroelementów we krwi. Niestety... wyrwało się to wszystko spod kontroli. Tak czy inaczej - sobotnia impreza była fajna. Bawiliśmy się z kolegami z Indii, z kótrych jeden był bardzo argh. Serio. Mógłbym nawet zamuuczeć.

Hitem wczorajszego dnia był kapodaster. Najpierw wylądował na ryjku dzika, a potem... zapiąłem go wspólokatorwi na bananie :). Zdjęcia w wolnej chwili. Kapodaster ewidentnie podnosi tonację!

Acha, tak w ogóle, to chyba jestem w Londynie. Sprawa wymaga dalszych badań.

Sznurki, sznurki...

Wena zdechła, chęci śpią, więc tylko parę linków:

Pierwiej lekko frywolnie:


Wtórnie, coś co właśnie znalazłem:

Home, sweet home

Home, sweet home... Tja, zostałem zawleczony do domu. Na szczęście jestem letko przekupny, więc podróż nie była taka bolesna. Z obczyzny ściągnęła matka, wraz z Drugim. Przyznam, że z biegiem lat coraz lepiej się dogaduję z obojgiem. Chyba jakiś fragment dojrzałości się do mnie przyssał i nie chce puścić.

Ale... fajnie. Lubię tu wracać, mimo pewnych cieni. Abuela z każdym rokiem słabnie. Widać, że czas, po wielu latach walki zaczyna mieć do niej przystęp. Chyba nie znam bardziej mitycznej istoty, osoby o charakterze mierzalnym z skali Mohsa.

Anyway, dobrze tu wracać. Dom. Trochę na krańcu świata, z trochę krzywym dachem, ale jednak swój. I dzika rodzina, i szalony kot-pływak. Tak...

Tak w ogóle, i PS. to przygotowania do Camino de Santiago idą już pełną parą.

Espanha...

Ech... przyznam, że kiedy zagadał na portalu, nieco niedwuznacznie, to miałem mieszane uczucia. Warunki padły jasne - no sex, no drugs, no rock'n'roll, ale możemy pójść na kawę. Skończyło się na piwie, a fakt, że nie było pożegnalnego pocałunku będzie mnie prześladował jeszcze dobrą chwilę.

Jej... on był OCH. Upadłem widząc go z odległości. Jako że jestem krótkowidzem, to z bliska miałem szansę upaść po raz drugi. Trzeba zwyczajnie mojego szczęścia żeby złapać crush na facecta który jutro wyjeżdża na rok do ARGENTYNY! Damn.

Szczęsciem to pewnie chwilowe szapnięcie chuci, więc łatwo się człek ogarnie.

Ta ostatnia niedziela...


Oj, to sie działo. Chyba najciekawszy weekend w tej połowie roku. Zaczęło się niewinnie, od "służbowego" pijaństwa w tramwaju. Ostatni tramwaj, który pamiętam miał dJ'a i maszynę do dymu, ale cóż. Jak się nie ma, co się lubi...

Sobotni poranek przywitał mnie z dziwnymi krwistymi plamami na odzieniu i zdecydowanym brakiem kaca. Cóż, jedna z niewiastek jakoś niefortunnie padła na twarz i sobie wybiła siekacza. I pół drugiego. I jeszcze fragment kła. Udało się ją pozbierać, dobry moment pocieszać tekstami z Kultu, ale w ogólnym rozrachunku to chyba niefart taki.

Gehenna i armageddon właściwy odbył się w sobotę wieczór. Motywem przewodnim imprezy była Alicja w Krainie Czarów, oraz Long Island Ice Tea. Git. Całą sobotę budowałem cylinder, ale efekt to wynagrodził, co widać na załączonym obrazku. Fajnie było i pięknie, koncerta, acz cóż poradzić - kapelusz domagał się widowni.

Tak zaczął się rajd przez Kazimierz, zakończony w Kiczu, gdzie wraz z gQ (przystrojonym różowym króliczym uchem) stanowiliśmy lokalną atrakcję. W Kiczu! To chyba trudno będzie przebić...