O domu

Indie się skończyły, szkoda w sumie trochę. Powrót do codziennej gonitwy - praca i dom. Dwie godziny dojazdu rano, dwie wieczorem. Trochę oszaleć można. Podniosłem temat pracy z domu, w sumie po dziewięciu latach wysługi i większości obowiązków do załatwienia przez telefon bądź maila byłoby to rozsądne. Chyba że jest się szefową o sprycie rozwielitki. Takem czas będzie rozpocząć nowy rozdział...

Poza tym odgrzebaliśmy couchsurfing. Chwilę mieszkał u nas Kanadyjczyk, a obecnie dwójka sympatycznych Czechów. Takie tam wesołe życie

Delirium

Bieżącą pogodę pogodę w Indiach najlepiej opisuje słowo: deliryczna. Temperatura zwykle sięga 40C, a i często je przekracza. Do tego jest wilgotno i duszno. Nietrudno w takiej sytuacji o kontakty z siłami wyższymi, demonami i całym tałatajstwem

Amristar jest bardzo przyjemny, przynajmniej w porównaniu do hałaśliwego Delhi. Owszem, zdarzają się natrętni rikszarze, ale stosunkowo rzadko. No i Złota Świątynia - na prawde robi wrażenie. Jest też bardzo spokojna. Jedzeni Punjabu za to o ile smaczne, to raczej ciężkie - większość potraw wbrew pływa w ghee, klarowanym maśle. Zaliczyliśmy trzy lokalne jadłodajnie (gdzie byłem jedynym Europejczykiem) i jak dotąd bez konsekwencji. Udało mi się też zobaczyć ceremonię zamykania granicy z Pakistanem - niesamowity cyrk. Już widzę, jak to odstawiamy z Rosją... albo Czechami.

Agra to z kolei zupełnie inna bajka. Tak agresywnych, nachalnych i jednocześnie przebiegłym naganiaczy i handlarzy nie spotkałem jeszcze nigdzie. Po raz pierwszy niemal padłem ofiarą przekrętu, na szczęscie udało się wymknąć. Szczerze, nie warto się z kierowcami wdawać w żadne dyskusje i zwiedzanie organizować tylko przez sprawdzonuych przewodników. Sam Taj Mahal - majestatyczny. Polecam też pobliską twierdzę Fatepuh Sikri (acz tutaj to się dopiero trzeba oganiać...) gdzie poza samą twierdzą można odwiedzić grób okolicznego świętego, który ponoć spełnia życznia. Trzy. Zobaczymy.

Po samodzielnym zwiedzaniu Agry zjechaliśmy z osobna do Jaipuru, gdzie chwilę jutro pozwiedzamy, a co najważniejsze wybieramy sie do okolicznego rezerwatu / wioski opiekunów słoni... umyć słonie!

Jak wyczyścić sobie uszy.

Ano, zgodnie z planami jesteśmy w Indiach. Dokładnie w końcówce pory suchej - temperatura to przeciętnie 40-44 stopnie. Jest to zaskakująco znośne, acz pewnie dlatego że jest to egzotyka i atrakcja. Coś, jak śnieg pierwszy raz - pewnie też może być fajny.

Przy trzeciej wizycie jest już łatwiej (nehi czahije - nie chcę), raz że dość łatwo udaje mi się unikać wszelkich ryzykownych sytuacji żywieniowych, dwa - nie przerażają mnie już grupy osaczające każdego turystę z ofertami pomocy, podwiezienia i transakcji życia. Jedynie negocjacje z taksówkarzami i kierowcami auotoriksz mnie przerastają. Acz czasem przerastają też promiennego, więc nie jest ze mną chyba tak źle.

Plan jak dotąd to: Delhi, wtępnie. Potem Amritsar i Złota Świątynia, gdzie jesteśmy obecnie, potem Agra i Taj Mahal, dalej Joipur i z powrotem do Delhi. Jako że wszystko idzie dość gładko myślę że będę napadał Indie częściej. Za to nie jestem już tak zupełnie przekonany, czy chciałbym tu mieszkać jakoś szczególnie długo. Choć perspektywa jakichś dwóch lat wydaje się kusząca.

Tfu, tfu i kilo pajęczyn

Drogi pamiętaniczku, teges - w Gdańsku jestem. Tak właściwie to zupełnie przypadkiem, bo jeden z firmowych projektów potrzebował kogoś technicznego na miejscu. Okazuje się, że taniej wyszło wysłanie mnie z Londynu, zakwaterowanie w Gdańskim Hiltonie i opłacenie nagodzin, niż zatrudnienie kogoś lokalnie. Ot, taki przypadek. Ponoć w Helskinkach powtórzy się sytuacja i też staram się em... pomóc.

Poza tym trochę nowinek. Zamieszkujemy nad morzem, w Brighton, wespół z kotem. Pracuję dalej w Londynie do którego to dojeżdżam jakies 2 godziny w jedą stronę. Dzięki temu zacząłem czytać sporo ksiązek medytacji, depresji, zen i generalnym utrzymywaniu wewnętrznego pokoju ducha. Ujmując to optymistycznie - absolutnie, bezwzględnie i bez litości nienawidzę dojeżdzać do pracy.

Cóż jeszcze... ostatnie miesiące były trochę skomplikowane, ale głównie skomplikowałem je sobie sam. Powoli znów wychodzi wszytko na prosto - zaczynam przygotowania do jesiennego maratonu (weszło w nałóg), szykuje się napaść Indie za jakieś dwa tygodnie i w ogóle to jest chyba fajnie. Znów.

Szpadlem go, majster!

Drogi pamiętnczku,

chwilę się nie widzieliśmy, acz chyba czas żebym wrócił. Może tym razem ciekawiej, może nie. Formy na blog wciąż nie mam, ale myślę, że warto wrócić do dawnego nałogu.

Pozdrawiamy,

Trzy Nutrie